Kiedy pod koniec stycznia 1945 roku żołnierze Armii Czerwonej wyzwalali teren dzisiejszego Jaworzna, w okolicznych wsiach panowała nędza i głód. Chociaż samo miasto wyzwolono oficjalnie 22 stycznia, to część jego dzisiejszych dzielnic, takich jak Długoszyn, Dąbrowa czy Jeleń oswobodzono z niemieckiej okupacji dopiero w ciągu następnych kilku dni.

REKLAMA

Niemcy bronili się dość chaotycznie, przygotowując bardziej zwartą obronę na linii Przemszy, wzdłuż której umacniano się i okopywano. Nad dzisiejszym terenem miasta samoloty radzieckie przelatywały co rusz, siejąc popłoch i strach, także wśród okolicznych cywilów. Jeden ze świadków ówczesnych wydarzeń wspominał, że kiedy wracał jako kilkuletnie dziecko wraz z matką zza Białej Przemszy do domu, w rejonie Maczek pojawił się jeden z takich właśnie samolotów, pikując nieznacznie w dół. Matka nie myśląc długo rzuciła go wówczas na śnieg, zwaliła swe ciało na niego i z niespotykaną zgrozą czekała aż usłyszy łoskot karabinu i poczuje przeszywający ból w plecach. Tak się na szczęście nie stało; maszyna z hukiem przeleciała nisko i zniknęła za ścianą lasu. Ten sam zresztą człowiek opowiadał mi sporo; o swojej rodzinie i o tym co się wówczas działo. Mówił o tym, w jakim popłochu Niemcy gonili po jego rodzinnym Długoszynie, jak słychać było zewsząd wystrzały, i grad niezrozumiałych wówczas przekleństw. W rejonie starego kamieniołomu, na piętrzącym się Wale stało niemieckie działo przeciwlotnicze, bezskutecznie plując swoim bezsilnym ogniem; do dziś podobno można w zaroślach dostrzec resztki stanowiska, z którego naziści strzelali w niebo. Niemcy przez dwa dni koczowali w ich domu, potem wynieśli się. W ich miejsce pojawili się nie mniej zdezorientowani czerwonoarmiści, szukając jedzenia i bimbru. Budzili nie mniejszy ponoć strach niż ich poprzednicy; byli nieokrzesani, brudni, wulgarni, często pijani. Przypominali niezrozumiałą dzicz, choć w konsekwencji nie tak groźną, jak się spodziewano, przynajmniej na tym terenie. Mój dziadek wspominał, że za wódkę byli gotowi zrobić niemal wszystko, handlowali czym się tylko dało, nie zawsze wiedząc z czym mają do czynienia. Kiedy z pobliskiej garbarni przywlekli na Borowiec skóry, sprzedali je rodzicom dziadka za budzik, który spodobał się jednemu z nich nieprawdopodobnie. Lecz kiedy tenże zaczął nagle dzwonić, Rosjanin przeraził się, rzucił mechanizm o ziemię i uciekł w popłochu w nieznane. Po skóry nie wrócił. Niedługo potem w większości pomknęli na zachód. Weszli do Długoszyna.

Zdjęcie niemieckiej garkuchni z czasów II wojny światowej (źródło: SRH Die Freiwillingen)

Wspomniany przeze mnie rozmówca opowiadał jak siedział w tamtych dniach wraz z siostrą na łóżku, nie ruszając się z miejsca, sparaliżowany strachem, przez kilkadziesiąt godzin. Wspominał także głód. Głodni byli praktycznie wszyscy. Zminimalizowane do minimum racje jedzenia podsycały jedynie nurtujący, niezaspokojony apetyt. W oddali słychać było nadal wystrzały i huk, warkot przelatujących nad głowami sporadycznie maszyn. Czasami coś błysnęło, coś gruchnęło. Dopiero potem zrobiło się cicho. I wówczas wspomniał także o zupie. Na długoszyńskim rynku, tuż obok starego kościółka, na styku piętrowego domu mieszczącego wówczas sklep i niewielkiej chałupki stała wówczas niemiecka garkuchnia; sporych rozmiarów kocioł z pachnącą zupą. Kiedy więc do wsi wkraczali Rosjanie, kiedy popłoch szalał wokół, jeden z czerwonoarmistów rzucił do gara granat i uciekł za róg. W tej samej chwili huknęło, gruchnęło i trzasnęło. Garkuchnia stała o dziwo, jak wcześniej. Jednak jej wnętrze było już puste. A na bocznej, smukłej ścianie, aż po pierwsze piętro widniała nie mniej smukła i jeszcze bardziej apetyczna plama …po zupie. Przez chwilę unosił się jedynie jej zapach, a potem wszystko zaczęło marznąć. I tak pozostało przez wiele lat po wojnie. Najgorzej było jednak wówczas, w tamtej konkretnej chwili; Niemcy poszli, Rosjanie pognali za nimi, a we wsi głód pozostał. Nie jeden ze świadków tego zdarzenia chciałby być zapewne wówczas tą właśnie ścianą. A rozbryzgana na niej zupa śmiała im się w twarz. Ot, taki ironiczny śmiech ceglanej ściany, przez ludzkie łzy. Pozostało więc najeść się oczami, nawet jeżeli były załzawione. Innego wyjścia nie było, choć byli i tacy, co cienką warstwę rzeczonej, zamarzniętej zupy zeskrobywali w następnych dniach z ironicznie, bezczelnie uśmiechniętego muru.
J
arosław Sawiak

Jarosław Sawiak
- REKLAMA - Zewnętrzne linki