Pewien człowiek, w ramach praktyk lekarskich, spędził kilka dni w zakładzie psychiatrycznym. Nie spotkał tam ani jednego Napoleona, nie było tam żadnego Juliusza Cezara, Kaliguli czy też Stalina. Był co prawda jeden Breżniew, ale ten mówił mało, strosząc jedynie swoje krzaczaste brwi. Poza tym byli tam wyłącznie, mniej czy bardziej zafiksowani ludzie, pogrążeni w swoim własnym, nie zawsze jednak irracjonalnym świecie.

REKLAMA

Słyszał od nich przeróżne rzeczy. Jeden opowiadał bełkotliwie, że każdej nocy, na dwie minuty przed pierwszą, przychodzi do niego dusza zmarłej żony, która siada na jego łóżku, każe wyciągnąć mu małą karteczkę i coś do pisania, po czym dyktuje długą listę niezbędnych sprawunków. Cała szuflada pacjenta zapchana była już wówczas takimi świstkami, a tenże człowiek zarzekał się, że jak tylko wyjdzie, to pierwszą rzeczą jaką zrobi, będą właśnie… zakupy. Inny natomiast zarzekał się, że rozmawia z diabłem, z którego ust zamiast odoru siarki, wydobywa się subtelny aromat mięty; kolejny twierdził, że jest opętany, jeszcze inny przekonywał, że tylko on zna prawdy objawione, jedynym natomiast sposobem na odnalezienie pełni własnego szczęścia jest karmienie się ziemią, naszą jedyną, jak mawiał i najwspanialszą matką oraz żywicielką. Nie wiedzieć czemu, każdego dnia jednak, z zapalczywością wprost niesłychaną pochłaniał podawane mu szpitalne posiłki, w których ni krzty było czarnoziemu. Byli i tacy, co rozmawiali nie wiadomo z kim, gestykulując, śliniąc się i plując. Niektórzy wrzeszczeli w nocy, wyrzucając z siebie przekleństwa, wyzwiska i niezrozumiały bulgot. Ale znajdowali się tam i tacy, którzy nie mówili nic, tylko siedzieli dzień i noc, wpatrzeni w przestrzeń, tylko czasami zamykając oczy, a usta otwierając jedynie przy posiłku.

Ów młody człowiek, po wielu latach, już jako wprawiony lekarz, dorosły człowiek, ojciec rodziny, cieszący się w mieście nad wyraz dobrą opinią, myślał niekiedy o tamtych ludziach; o tej nadzwyczaj dziwnej, gęstej atmosferze, panującej w okazałym szpitalnym budynku. I zastanawiał się nad tym, czy którykolwiek z nich mówił prawdę i czy w tym całym szaleństwie tkwi jakakolwiek metoda. Myślał o tym pijąc poranną kawę, czytając, zasypiając obok małżonki, jadąc samochodem, czy łowiąc ryby. Zawsze gdy zastanawiał się nad tym, miał wrażenie, że atmosfera wokół gęstnieje, tak samo jak tam, w tamtym przedziwnym miejscu, na gęsto zalesionym przedmieściu.

I pewnej nocy obudził się nagle. Dochodziła pierwsza, zdawało mu się, że przez zaspane oczy widzi na tarczy zegara godzinę 0.58. Coś ukłuło go mocno w serce, coś wstrząsnęło nim nagle, zmroziło i kazało zapomnieć o sobie i zasnąć. Gdy rano obudził się znowu, wiedział, po prostu wiedział; oni wszyscy mówią prawdę. Był pewien, że gdyby ich wszystkich poddać badaniu wariografem, wynik potwierdziłby słuszność jego koncepcji oraz prawdziwość, tego, o czym mówili. Oni wszyscy mówią prawdę! Wszyscy!- ogarnęła go nieprzebrana fala euforii. Bo każdy z nas ma swoją prawdę; tą subiektywną, własną. Jedyne co siało w jego umyśle ferment, to pytanie, czy istnieje więc coś takiego jak prawda obiektywna, niezależnie od nas, niezależnie od naszych prawd. Długo się zastanawiał nad tym, ale tylko wówczas, gdy miał na to czas. Pamiętał tamte rozmowy, bardzo dokładnie, pamiętał wyraz ich oczu, który wówczas interpretował jako obłęd. Teraz wiedział, że to nie obłęd. Wiedział, że to pasja, zachwyt, empatia, prawda, ich prawda. Teraz już wiedział. Cokolwiek mówili wówczas pacjenci było ich prawdą. Oni nie kłamali. Czy byli powszechnie uważani za obłąkanych, czy zżerał ich nieokreślony guz mózgu, czy inna organiczna przypadłość, o której niekiedy nie miano pojęcia. Czy fizyczne defekty upośledzały umysł, czy te psychiczne kiereszowały ciało, a może jedno i drugie spotykało się w pół drogi? Tego akurat nie wiedział. Przeczytał gdzieś kiedyś, że metafizyczne nie istnieje, że wszystko to fizyka, chemia, biologia, matematyka, że wszystko można wyjaśnić, wytłumaczyć i zdefiniować. Że metafizyczne, to tylko to, co nie odkryte, nie opisane, nie zdefiniowane właśnie. Może tak jest rzeczywiście? Co więc z tą prawdą? Wierzył niezbicie, że każdy z nas ma swoją własną. Każdy. A prawda obiektywna to jedynie suma tych subiektywnych, to strzaskane lustro, które nie wypadło z ram, które składa się z niepoliczalnej masy drobnych kawałków, odrębnych, ale w trudny do wytłumaczenia sposób stanowiących niezwykle kruchą całość. Postanowił więc do olbrzymiego gmachu ludzkiej wiedzy dołożyć także swoją cegiełkę i stworzyć swą własną definicję prawdy. Po kilku następnych latach człowiek ów usiadł przy biurku w swym jasnym, sterylnie czystym gabinecie; wyciągnął małą karteczkę i napisał co następuje: prawda obiektywna jest niczym innym jak sumą prawd subiektywnych. (Nie udało się jak dotąd ustalić minimalnej, koniecznej i reprezentatywnej wartości liczbowej tej sumy, wystarczającej do jej zobiektywizowania).

Był dumny ze zdania, które nagryzmolił, uważał je za swoje opus vitae, przy którym cała jego lekarska praktyka bledła i kruszała. Swoją definicję uważał za naprawdę dobrą. Jednak jej druga część, którą zamieścił w nawiasie, nie dawała mu odtąd spokoju; gnębiła, gryzła, drażniła. Do końca życia.
Jarosław Sawiak

- REKLAMA -
Zewnętrzne linki