Chociaż wydaje się, że współczesny świat został już zupełnie zdefiniowany, określony i zmierzony, to jednak zawiera on w sobie niewątpliwie te zasoby przestrzeni i rzeczywistości, które jawią się nam jako swego rodzaju białe plamy i to zarówno na kartach ludzkiej historii jak i szeroko pojętej egzystencji.

REKLAMA

Plamy te, niegdyś zdecydowanie większe układały się w przeszłości w swego rodzaju linię frontu, by dzisiaj nabrać charakteru linii demarkacyjnej, oczekującej na jakże upragniony pokój u kresu niekończącej się i równie bezsensownej wojny.

Co to za wojna, co za linia demarkacyjna, jaka linia frontu? Ludzka wiedza, nauka i jej osiągnięcia chyba od zawsze walczyły z tym co zdefiniować można jako wiarę; wiarę w Boga, nieśmiertelność, ponadczasową rzeczywistość ludzkiego bytu, czy tzw. prawdy objawione. Niemal od zawsze prowadziły ze sobą zaciekły spór, tocząc niejednokrotnie ciężkie boje i okupując je rzeszami ofiar. Czasami wiara święciła tryumfy, kadzona dymem ze stosów; lecz czasem i ona kładła swój kark pod toporami tryumfującej nauki, oświecającej wszystko po to jedynie by precyzyjnie wymierzyć ostateczny cios. Dopiero dzisiaj widać nad wyraz ostro i przejrzyście, że antagonizm ten nigdy nie miał sensu, tak jak i cena, jaką trzeba było zań zapłacić. Zakrzepła krew woła o pomstę do nieba, a rdzewiejące atrybuty kaźni i zawiści w ciszy kontemplują swoją bezużyteczność. To chyba jeden jedyny plus tej bezsensownej i bezprzedmiotowej wojny.

Ten jakże ostry antagonizm poróżniał wszystkich ze wszystkimi nie dając nic w zamian. To co uchodziło za zarezerwowane dla wiary, nie omieszkało z pogardą patrzeć na ludzi nauki, którzy z równym brakiem litości targali łachmany swej religijności w imię tego, co chcieli pojmować jako postęp. Lecz zamiast postępu był zastój, stagnacja, a nawet krok wstecz. Ci sami ludzie, stojąc na dwóch przeciwległych biegunach obrzucali się wzajem wszystkim, co mieli najgorsze, nie szczędząc siebie nawzajem, nie bacząc, że odłamki eksplodujących granatów, ciskanych bezmyślnie to w imię Najwyższego, to w imię cywilizacji raniły także tych, którzy stojąc z boku nie chcieli brać do ręki broni, lecz walczyć słowem i argumentem. Lecz czy ta wojna toczy się nadal? Wokół jakby przycichło przecież… A jednak chyba coś nadal się dzieje, odgłos wystrzałów… to nie fajerwerki.

Ludzie wciąż w imię Boga, czy w imię postępu gotowi są ranić i zabijać, nie patrząc, że świeża krew tak szybko krzepnąć jednak nie zacznie. Wydaje się nadto, że owa linia frontu, tak dynamiczna w przeszłości, zaciska się niczym pętla na sztywniejącym karku. Cywilizacja ludzka, ludzka więc i pycha zdaje się zwyciężać, a białe plamy wspomniane z początku to resztki, niewielkie enklawy naszej intuicji, która nijak się ma do tego co człowiek z tryumfem nazywa zwycięstwem postępu. Wiara zdaje się zanikać, utrzymując niewielkie przedpola, maleńkie przyczółki prawd niesprawdzalnych z pozoru ludzkim rozumem i taką samą percepcją. I tylko czasem wypuszcza przed się niewielką awangardę, ledwie widoczną i z pozoru śmieszną, by nie dać o sobie zapomnieć. Dziś linie te zastygły już niemal zupełnie, kopcąc od czasu do czasu ogniami wścieklizny, a wrzody narosłych frustracji ropieją tylko sporadycznie. Przynajmniej w cywilizacji naszego świata. A jednak… Wiara ledwie dyszy, resztkami sił utrzymując swe nikłe przyczółki, a ludzki postęp w imię szeroko zakrojonego pseudo humanizmu nie dobiją leżącego truchła, kreśląc cieniutką linią kreskę, demarkacyjną linię kruchego choć upragnionego pokoju. I tylko czekać kto weźmie się za nieuchronną delimitację, kto się odważy kiedykolwiek na grząskim gruncie kreślić granice między tym, co zarezerwowane dla każdej ze stron?

Ktokolwiek to będzie, przyjdzie mu mierzyć się z niewykonalnym i niemierzalnym. Świat ducha i świat nauki to tylko z pozoru rzeczywistości nie do pogodzenia, rzeczywistości różne, antagoniści z krwi i kości. W rzeczywistości jednak to ta sama przestrzeń, a wszelkie wojny między nimi były co rusz podszyte bezsensem i bezprzedmiotowością, stanowiąc mniej czy bardziej realnie zastępczą płaszczyznę, z pozoru tylko istotną i tylko pozornie wnosząca cokolwiek nowego. To wszak ta sama rzeczywistość.

Metafizyka, to co po fizyce, ponad fizyką, poza obrębem doświadczenia, krytykowane przez scjentystów, pozytywistów, sceptyków i empirystów. Lecz dla większości fundament wszechrzeczy. Przysposobione dziecko Arystotelesa, podobno rodzone Andronikosa z Rodos, ochrzczone zaś przez Mikołaja z Damaszku. Zawiera pytania o to, co najbardziej uniwersalne, o pochodzenie bytu, jego miejsce, sens i przeznaczenie. Owo poza fizyczne, tak często odrzucane przez dziarską naukę, jako niesprawdzalne i niemierzalne naszym systemem poznawczym, wciskane w szufladę zabobonu i wstecznictwa okopało się dziś w swoich enklawach, tylko z pozoru jednak czekając na wyrok. Bo właśnie dzisiaj, gdy wspomniana już wojna przycicha, a jej nieustępliwe dotychczas strony przestają patrzeć na siebie z byka, gdy zaczynają nieśmiało wyciągać ku sobie dłonie, gdy coraz więcej jest tych, co chcą iść w ów grząski teren i linię frontu poddać żmudnej delimitacji w obliczu absolutnej prawdy, wbijając co rusz osikowe paliki, na których rzeczy zwać się będą po imieniu, to właśnie dzisiaj należy postawić jedno i jakże zasadne pytanie; czy metafizyka w ogóle istnieje, a jeśli tak, to czy nie jest jedynie określeniem umownym? Metafizyka to wszak pytanie o to co ponad fizyką, co poza nią, o to co było dotychczas niesprawdzalne i nieosiągalne dla naszych zmysłów, percepcji i możliwości poznawczych. To sfera ukryta poza lekką kurtyną, przez której aksamit nasz wzrok nie jest w stanie przeniknąć. I to w zasadzie podstawowy problem i odpowiedź jednocześnie, przynajmniej z pozoru. Metafizyka zdaje się bowiem nie istnieć. Cała bowiem rzeczywistość stanowi elementarny substytut istnienia wszechświata i nas. Nie ma więc świata fizyki i ducha, tego co materialne i duchowe, tego co zmysłowe i pozazmysłowe. To wszak jedynie pojęcia umowne, skróty myślowe, siejące niejednokrotnie czczą propagandę, zagrzewającą do wojny między dwiema rzeczywistościami. Rzeczywistość wszakże jest jedna, choć nie jednolita. A wszystko to, co zwać nam przyszło w przeszłości metafizycznym jest niczym innym jak integralną częścią tej samej rzeczywistości. Jedyna różnica polega zaś na tym, co udało się nam dotychczas zdefiniować, odkryć, nazwać po imieniu i określić, uszeregować, wyznaczając miejsce w szeregu, a całą resztą, której zbadanie i określenie prawdziwych ram, formy i prawdziwej treści jeszcze przed nami. Nasze możliwości percepcji, poznania i definiowania wszechświata są bardzo ograniczone, choć nam się zdaje, że jest inaczej. Nasz język jest ubogi, nasze zmysły nieudolne, twarda rzeczywistość poza naszymi rękoma, choć nasz każdy kolejny krok prowadzi ludzkie istnienie naprzód; coraz bliżej nieprzekraczalnej granicy. Byleby jednak choć opuszkami palców dotknąć owej kotary i poczuć lekki powiew rzeczywistości rozciągającej się tuz za nią; rzeczywistości tak bardzo tej samej, choć równocześnie tak strasznie odległej. Wszystko jest częścią wszechświata, integralną częścią wszystkiego we wszystkim, wszystko jest materią, nawet to, co zdaje się być niematerialne bardziej niż brak materii. Wszystko składa się z czegoś, wszystko to część większej całości, systemu. Poza fizyczne to jedynie to, czego jeszcze nie znamy i nie potrafimy określić, ale to także jakaś materia; Bóg to też swego rodzaju materia, bo przecież musi z czegoś być, z czegoś się składać, nasza dusza też, bo przecież to, co duchowe, też musi z czegoś być, nasze myśli również, jak i emocje, nasze choroby i zaburzenia psychiczne, nasze dewiacje i nowotwory, nieuchronna śmierć, przeczucia i grypa, katar i szósty zmysł, trądzik i intuicja, zaświaty i światy równoległe, prawda, ta obiektywna bądź nie; wszystko jest czymś, jest sumą czegoś, elementarną częścią zróżnicowanej lecz nie mniej zintegrowanej rzeczywistości. Byleby tylko dotrzeć do tego i umieć to nazwać… byleby podejść do olbrzymiej tafli szyby i przyłożyć doń swoją dłoń, poczuć twardy chłód, oprzeć na nim spocone czoło i powoli otworzyć oczy, zobaczyć jak jest naprawdę, dostrzec, że tak naprawdę jest niemal tak samo… Czy to w ogóle możliwe?
Jarosław Sawiak

- REKLAMA -

Zewnętrzne linki