Herezja wydaje się być tak stara jak świat. Niemal od samego początku swojego istnienia człowiek wykazywał skłonność do religijności, tworząc rozmaite, z czasem zinstytucjonalizowane systemy wierzeń. Ale już wówczas byli i tacy, którzy ośmielali się myśleć inaczej, wykraczając poza główny nurt…

REKLAMA

Myślenie, będące niewątpliwie najważniejszym i najbardziej płodnym atrybutem naszej egzystencji, owocujące jednocześnie i niejednokrotnie powstawaniem szeregu systemów religijnych, zwanych niegdyś mitami, dzisiaj natomiast po prostu religiami, było bardzo często jedynym atrybutem ludzkiej wolności. I chociaż ludzka wolność nie jest warunkiem koniecznym zarówno naszego istnienia jak i kreatywności fizycznej i metafizycznej, to jednak sama w sobie wydaje się być jednym z filarów ludzkiej świadomości, kultury i pojmowania humanizmu i człowieczeństwa w ogóle. Człowieka można było wielokrotnie złamać czy wręcz zniszczyć, odebrać mu wszystko, co miał, ale nikt, nigdy nie był w stanie unicestwić jego wnętrza, kwintesencji prawdziwej, indywidualnej wolności, którą mógł (jeśli było to konieczne) skrywać przed innymi oraz ją kontemplować.

To samo myślenie jednak, nawet jeśli biegło innym torem niż te utarte i prawomyślne, nie zawsze było piętnowane (chociaż niestety częściej niż rzadziej), a myślący inaczej niekoniecznie musiał uchodzić za heretyka, a przecież byli i tacy, którym de iure i de facto się to nie podobało. To zupełnie tak, jakby nie zdawano sobie zupełnie sprawy, że ustawiczne kroczenie zastygłymi koleinami jest nie mniej niebezpieczne dla instytucji kościelnych niż odkrywanie i tworzenie nowych nurtów. Niejednokrotnie zdarzało się wszakże, że jakieś dzieło, np. naukowe, filozoficzne czy literackie traktowane było jako heretyckie, aczkolwiek samego autora heretykiem nie ogłaszano. Poglądy niejednego świętego zresztą często balansowały na granicy herezji, czego przykładem był choćby św. Augustyn, jeden z największych doktorów Kościoła. Bardzo często jednak w przypadku, gdy owa wspomniana prawomyślnośćujęta była w sztywne karby instytucji zwanej potocznie kościołem, zarówno dzieło, autora i jego poglądy niejednokrotnie piętnowano, czego przykładem był choćby Index Librorum Prohibitorum, czyli Indeks Ksiąg Zakazanych, na którym widniały np. dzieła Mickiewicza czy Kopernika. Jeżeli ktoś wygłaszał poglądy sprzeczne z oficjalną ideologią, teologią czy filozofią (choćby w niewielkim nawet zakresie), to właśnie wówczas mógł być uznany za heretyka i tak też częstokroć bywało. Nie tylko zresztą w obrębie takiego czy innego kościoła; do swego rodzaju herezji, która niewątpliwie miała swoje źródło w głębokiej wierze i przekonaniach, dochodzić mogło także w łonie innych organizacji, np. w partii politycznej, stowarzyszeniu, szkole filozoficznej, teologicznej czy sekcie. Nie jest wszak tajemnicą, że między żarliwą wiarą, a instytucją napięcie jest nieuchronne, co na przestrzeni ludzkiej historii widoczne było aż nadto.

W pierwszych dziesięcioleciach funkcjonowania samo chrześcijaństwo uważane było za sektę lub odłam judaizmu. Ponadto to, co określano mianem herezji charakterystyczne było także dla innych religii; judaizmu właśnie, buddyzmu, hinduizmu czy islamu. Samo słowo herezja pochodzi z greckiego hairesis,oznaczającego pierwotnie wybieranie, (określonej doktryny, szkoły teologicznej czy nurtu filozoficznego). Pejoratywnego znaczenia nabrało dopiero w wiekach późniejszych, funkcjonując głównie w obrębie chrześcijaństwa, gdzie heretyków zwano także kacerzami.

W odległych czasach heretyków traktowano okrutnie; poddawano torturom, palono na stosie, konfiskowano majątki, skazywano na banicję, stygmatyzowano społecznym wykluczeniem. Tylko stosunkowo nielicznym udawało się umknąć przed konsekwencjami swych własnych wyborów i wierności wobec swych własnych poglądów. Co jakiś czas zresztą prześladowania myślących i wierzących inaczej wyraźnie się nasilały, czego przykładem był choćby okres kontrreformacji.

I tak dla części starożytnych Greków heretykiem był Sokrates, dla ortodoksyjnych Żydów Jezus Chrystus, dla kościoła zachodniego Luter czy Kalwin. W historii przeciwnicy religijni czy polityczni obrzucali się obelgami, zarzucali sobie herezję i mordowali w imię, zdawałoby się dzisiaj, banalnych różnic, np. teologicznych. W kościele katolickim na straży moralnego porządku stało Święte Oficjum. Odłamy protestanckie zajadle walczyły ze sobą, wykazując się niejednokrotnie niebywałym wprost okrucieństwem, spierając się o niuanse dotyczące Trójcy Świętej, czy szczegółów transsubstancjacji, a więc przeistoczeniu w ramach Eucharystii (co ciekawe ale i smutne protestanci względem siebie nawzajem byli zdecydowanie bardziej nieustępliwi i nienawistni, niż wobec katolicyzmu, którego głęboki kryzys stanął u źródeł reformacji). Wielka Schizma Wschodnia spowodowana była kłótnią o to, jaki rodzaj pieczywa powinien być wykorzystywany w trakcie Mszy Św. oraz czy Duch Święty pochodzi od Ojca, czy może od Ojca i Syna. Czy dziś jesteśmy w stanie wyobrazić sobie by Boga w ogóle to obchodziło? Chyba nie. Zapewne to, co pod żebrami kłuło go najbardziej to totalny absurd chorych, patologicznych sporów i konfliktów.

W dzisiejszych czasach na szczęście słowa herezja czy heretyk niemal się już nie używa, funkcjonują one jako powierzchowne i dość płytkie skróty myślowe, częstokroć nadużywane w potocznym języku. W 1965 roku np. Kościół Katolicki przyjął deklarację Nostra aetate, wzywającą do braterstwa między ludźmi, wyrażając przy tym sprzeciw wobec dyskryminacji religijnej oraz prześladowaniom religijnym. Trzydzieści pięć lat później ówczesny papież wyraził ubolewanie i przeprosił za postępowanie na przestrzeni wieków wobec żydów, kobiet i heretyków właśnie. Czy to przejaw ekumenicznej i tolerancyjnej postawy instytucji kościelnych, a może to po prostu swego rodzaju poprawność polityczna? A może jedno i drugie?

Istotna trudność polega zresztą na tym by umieć znaleźć miejsce, gdzie biegnie granica między tym, co rzeczywiście z jakiegokolwiek powodu nazwać można herezją, a światopoglądowych różnicach, traktowanych dzisiaj w cywilizowanym świecie jako przejaw ludzkiej wolności, wolności słowa, wolności religijnej czy wyrażania własnych poglądów. Pamiętać trzeba przecież o tym, by, jak napisał kiedyś św. Piotr, postępować jak ludzie wolni, a nie jak ci, dla których wolność jest usprawiedliwieniem zła, bo przecież wolność każdego z nas kończy się tam, gdzie zaczyna się niewola i krzywda drugiego człowieka. Każdy przypadek więc wydaje się jak najbardziej zindywidualizowany i odrębny, a przyświecać mu powinno zdroworozsądkowe i etycznie ugruntowane pojęcie wolności właśnie. Instytucjonalizacja ludzkich światopoglądów, np. religii wydaje się być konieczna, odegrała ona zresztą w historii kolosalną i fundamentalną rolę. Częstokroć wypaczała jednak prawdziwe sedno określonej idei, doprowadzając przez to do buntów, schizm i rozlewu krwi, zaś wszelkie próby odświeżania i wietrzenia owego sedna przynosiły zdecydowanie krótkotrwały efekt, co nie znaczy, że nie wnosiły niczego dobrego.

Kreśląc więc własną linię wolności, kwitnącej tak często przecież szeregiem idei, wnoszącej w ludzką kulturę nieprzebrane zasoby dobrego, nie powinniśmy bać się mówić o tym, co dla nas ważne, prawdziwe czy etyczne, pamiętając jednakże jak wielkim ryzykiem jest balansowanie na niebezpiecznej krawędzi, której ostrze zranić może drugiego człowieka oraz wypaczyć to, co dla niego naprawdę ważne i cenne.
Jarosław Sawiak

- REKLAMA -


Zewnętrzne linki