2010-02-08 12:16:56
Poniżej recenzja:
Film jest debiutem reżyserskim Justina Kerrigana. Opowiada o piątce przyjaciół, mieszkających w walijskim miasteczku Cardiff, których celem życia stają się sobotnie imprezy w miejscowych klubach. Cała historia jest opowiadana z perspektywy Jipa (John Simm) - chłopaka, którego problemy natury łóżkowej doprowadzają go do istnej paranoi. Relacje z matką również nie układają się tak, jakby tego chciał. Jego przyjaciółka Lulu (Lorraine Pilkington) zmienia mężczyzn jak rękawiczki i uważa się za kobietę niezależną. Kumpel Koop (Shaun Parkes) pracuje w sklepie z płytami i marzy o zawrotnej karierze DJ'a. Nie może się jednak uwolnić od obsesyjnej myśli, że jest zdradzany przez swoją dziewczynę Ninę (Nicola Reynolds). Moff natomiast to ich imprezowy kompan, zaopatrujący całą grupę w narkotyki.
Od razu warto wspomnieć o młodych aktorach, kreujących role piątki przyjaciół. Sposobem gry i wizerunkiem "ludzi z sąsiedztwa" nadają swoim postaciom sporo wiarygodności. Wypadają bardzo naturalnie i spontanicznie. Szczególnie podobał mi się Danny Dyer, który ciekawie przedstawił nam niedojrzałość młodego człowieka i to, jak bardzo jest on oderwany od rzeczywistości.
Bohaterowie filmu nie są urzekająco piękni i zabójczo inteligentni. Nie wiedzą, co zrobić ze swoim życiem. Każde z nich ma swoje mniejsze lub większe zmartwienia, a jedynym sposobem na oderwanie się od nich jest całonocna zabawa w okolicznych dyskotekach. W trakcie imprezy wszystko wydaje się być porządku. Kiedy jest pod dostatkiem drinków i dragów, klub staje się rajem - miejscem, w którym nie ma zmartwień, gdzie wszyscy się wzajemnie rozumieją. Potem wszystko nabiera zupełnie innych barw - kac jest powrotem do szarego świata, pełnego pustki, niezrozumień i barier.
To, co tak bardzo na początku absorbuje naszą uwagę, po pewnym czasie staje się nieco nużące. Ciągła impreza, taniec i rozmowy bohaterów, krążące wokół jednego tematu, w trakcie samego oglądania wydawały mi się momentami nudne. Jednak patrząc na film z perspektywy czasu, nabieram coraz głębszego przekonania, że "Human Traffic" jest pozycją godną uwagi. Nie tylko ze względu na dobrą oprawę wizualną i muzyczną, ale głównie ze względu na historię opowiedzianą w świeży, odważny sposób - bez kompromisów, za to ze sporą dawką humoru, który bywa zjadliwy i ironiczny. Pod otoczką przyjemnego i atrakcyjnego kina, znajdziemy całkiem głębokie i dobitne studium psychiki młodych ludzi, uciekających przed prawdziwym życiem w zabawę i narkotyki. Wierzę, że warto się do tej warstwy filmu przedostać!