Wyobraźmy sobie sytuację, że budzimy się rano i tracimy takie zmysły jak węch i smak, a do tego nasze samopoczucie i ogólny stan zdrowia jest kiepskie. Mamy 2020 rok i ogólnoświatową pandemię, więc możemy być prawie pewni, że są to symptomy zakażenia wirusem COVID-19. Dokładnie w takiej sytuacji znalazł się mąż jednej z naszych czytelniczek, mieszkanki Jaworzna.

REKLAMA

Owa Pani, chcąc być przykładnym obywatelem, zastosowała się, wraz z rodziną, do zaleceń rządu tzn. wzięła wraz z mężem i starszą córką urlop na żądanie w pracy, a młodszego syna nie puściła do szkoły. Przede wszystkim jednak wzięła telefon do ręki i zaczęła dzwonić po instytucjach, które według rządu w takich przypadkach powinny interweniować.
Tutaj właśnie zaczynają się schody i cała problematyka sytuacji. Pierwszą czynnością, wydawałoby się najbardziej słuszną, było wykonanie telefonu do jaworznickiego oddziału sanepidu, aby dowiedzieć się dokładnie, jak postępować i gdzie można wykonać testy. Jednakże nikt nie był w stanie podnieść tam słuchawki. Udało się to dopiero po dwóch dniach dzwonienia, ale do tego jeszcze wrócimy.

Nie mogąc dodzwonić się do sanepidu, nasza czytelniczka wykonała telefon do szpitala. Tam usłyszała, że nie wiedzą, co w tej sytuacji zrobić, ale to na pewno nie u nich i radzą przejechać się, a najlepiej zadzwonić, do nocnej pomocy na Leopoldzie. Po trzech godzinach prób dodzwonienia się do nocnej pomocy lekko zdenerwowana Pani osobiście stawiła się w przychodni. Na miejscu dowiedziała się przez zamknięte drzwi, że po pierwsze to nie wiedzą, gdzie można wykonać test, a po drugie nie mogą wystawić skierowania, a po trzecie to powinno się zadzwonić do lekarza pierwszego kontaktu na poradę telefoniczną.
Przynajmniej już jakiś konkret, tyle tylko, że lekarze nie specjalnie odbierali telefon, a gdy już udało się dodzwonić do jednej z prywatnych placówek, to okazało się, że akurat jest awaria systemu i również nic nie mogą zrobić. Cóż, całe szczęście, że jest Internet, ponieważ w nim udało uzyskać się informacje, że testy w Jaworznie wykonywane są w przychodni na Azotanii.

Tam też udała się nasza czytelniczka wraz z rodziną i wykonano testy dla wszystkich, ale uwaga – musiała zapłacić za każdy z testów po 350 złotych, bo nie miała skierowania. Czas oczekiwania na wyniki to 24 godziny, w innych miastach czas waha się między 8 a 12 godzinami, ale tego pozwolę sobie nie komentować.

Mogłoby wydawać się, że to koniec gehenny, ale nie. Na drugi dzień wyniki zostały dostarczone na skrzynkę mailową wraz z hasłem i loginem, jednakże jeden z podanych loginów był błędny i nie można było uzyskać wyniku dla syna, który jest astmatykiem, a co za tym idzie, jest w grupie podwyższonego ryzyka. Nie chcąc dalej marnować czasu, Pani pojechała odebrać wyniki osobiście do Katowic.

Wynik 3 do 1 – test męża naszej bohaterki okazał się pozytywny. Telefon w rękę i tutaj wracamy do naszego sanepidu. Jest pierwszy sukces, udało się dodzwonić. To był pierwszy i jedyny sukces, gdyż pani po drugiej stronie słuchawki nie była w stanie w żaden sposób pomóc, oznajmiając, że ona wyników nie ma i nic nie może zrobić. Zobowiązała się jednak, że wykona telefon nazajutrz i wówczas będzie mogła pomóc.

Udało się również dodzwonić do jednego z lekarzy, który przepisał choremu na COVID-19 mężowi antybiotyk… byłaby to dobra recepta, która może i by powstrzymała całą pandemię, gdyby nie fakt, że antybiotyki działają na bakterie, a nie na wirusy.
Pytanie brzmi: Ile takich sytuacji zdarzyło się lub zdarza w naszym mieście? A może to nie tylko problem Jaworzna? Faktem jest, że w sytuacji zakażenia mieszkańcy naszego miasta mają duży problem z uzyskaniem pomocy. Duży problem ma również jaworznicka służba zdrowia, choć liczba zakażonych mieszkańców jest w stosunku do innych powiatów na razie mała.

Michał Kirker

Od redakcji:
Dane Czytelniczki wyłącznie do naszej wiadomości. Z chęcią poznalibyśmy jednak stanowisko władz oraz przedstawicieli służby zdrowia, czy są w stanie wyeliminować podobne przypadki w Jaworznie.

- REKLAMA -



Zewnętrzne linki

3 KOMENTARZE