Słowo na niedzielę: Czy taka firma to utopia?

Wielu, i to zarówno pracodawców, jak i pracobiorców czytając przypowieść Chrystusa o pracownikach winnicy, zatrudnianych przez właściciela o różnych porach dnia, i jednakowo wynagrodzonych, wkłada ją do zbioru pobożnych bajek, które z rzeczywistością nie mają nic wspólnego. Nieco bardziej pobożni, koncentrują się na jej przenośnym znaczeniu, widząc obraz niepojętej dla człowieka sprawiedliwości Boga.

REKLAMA

Powstają zatem pytania: – czy Chrystusowa przypowieść o pracownikach w winnicy, ma tylko i wyłącznie teologiczne znaczenie? – Czy istnieje możliwość bezpośredniego przełożenia jej na życie?

(Mt 20, 1-16 a)

Aby lepiej przesłanie Chrystusowe, wejdźmy w świat ówczesnych pojęć. Było zwyczajem, że szukający pracy gromadzili się w miasteczku na określonym placyku, który pełnił funkcję swoistego rodzaju urzędu pracy. Ewangeliczny właściciel winnicy przychodził tu o różnych godzinach dnia. Mamy wymieniony wczesny ranek, godzinę trzecią, szóstą, dziewiątą i jedenastą. Warto wiedzieć, że przy braku zegarków, dzielono przedział czasu między wschodem a zachodem słońca na 12 odcinków, czyli godziny. Noc zaś na 4 odcinki, zwane strażami. Gospodarz winnicy tylko z robotnikami zatrudnionymi wczesnym rankiem umówił się o denara za cały dzień pracy, co było uczciwym wynagrodzeniem. Zatrudnieni w późniejszych porach usłyszeli: Idźcie i wy do mojej winnicy, a co będzie słuszne, dam wam.

Problem pojawił się w momencie wynagrodzenia robotników za wykonaną pracę. Właściciel kazał rządcy zwołać w tym celu robotników i wypłacić wszystkim równo po denarze, począwszy od tych, którzy zaledwie godzinę pracowali. Na pewno wielu, patrząc z ludzkiego punktu widzenia, doskonale rozumie nadzieje, jakie powstały i rozgoryczenie w umysłach tych, którzy pracowali cały dzień. Ta transparentna postawa gospodarza sprawiła, że dyskusja na temat wynagrodzenia mogła odbyć się zaraz, a powstające wątpliwości można było wyjaśnić natychmiast. Tajne wynagrodzenie i tak by wyszło na jaw, a ilość dowolnych interpretacji byłaby nie do ogarnięcia.

Właściciel winnicy okazał miłosierdzie, które nie było kaprysem. Kiedy zatrudniał ostatnich, wprost zapytał ich: Czemu tu stoicie cały dzień bezczynnie? W odpowiedzi usłyszał: Bo nas nikt nie najął. Widział ich gotowość do pracy i determinacje, zapewne i potrzebę, w jakiej byli, skoro nawet godzina pracy była dla nich ratunkiem. Pierwszym krzywdy nie uczynił, albowiem o denara byli umówieni.

Istota problemu jeszcze tkwi głębiej. Dotknął ją gospodarz winnicy, zwracając się do jednego z tych rozgoryczonych: Czy na to złym okiem patrzysz, że ja jestem dobry? Chodzi o spojrzenie – „złym okiem”. Tak patrzą ci, którzy pracy nie kochają, którzy nie kochają winnicy i swego pracodawcy. Nastawieni na zysk, akcentujący swój wysiłek, łatwo wpadają w śmiertelną pułapkę porównywania się z innymi i tracą obiektywne spojrzenie.

Jestem robotnikiem w winnicy Pańskiej, w Kościele. Pragnę kochać Kościół i jego gospodarza Chrystusa. Pragnę, aby ta miłość uchroniła mnie od „złego oka”, zazdrości, poczucia krzywdy i osądzania. Jednocześnie stawiam sobie pytanie, a może i wyzwanie: – czy jest możliwe budowanie takich winnic, takich firm, jak ta ewangeliczna, w których praca byłaby odbiciem nieba na ziemi, królestwem Bożym? Czy są tacy pracodawcy tak mocno zakorzenieni w Bogu, aby mieć odwagę odpowiedzialnego służenia pracownikom?

Warto na zakończenie zwrócić uwagę na fakt, że ewangeliczny właściciel winnicy, przy takiej postawie odpowiedzialnego miłosierdzia, nie miał finansowych problemów.

Ks. Lucjan Bielas

- REKLAMA -



Zewnętrzne linki