Żyjemy w świecie wielokulturowym i wielojęzykowym. Wydaje się to faktem współczesnym, żeby nie powiedzieć nowoczesnym. Jednak w naszej szerokości geograficznej nie jest to żadne novum. Owa wielość i różnorodność wpisana jest w wielowiekową rzeczywistość naszej części Europy.

REKLAMA

Wymieszanie kultur i języków, dziś coraz częściej krytykowane na zachodzie starego kontynentu, u nas przez stulecia było zjawiskiem powszechnym i oczywistym; wnoszącym wbrew pozorom więcej pozytywów niż zła. Rodziło co prawda niejednokrotnie konflikty i krwawe jatki, czego przykładem była wojna w rozpadającej się w latach 90-tych XX wieku Jugosławii, konflikty węgiersko- rumuńskie, czy polsko- ukraińskie. Takich konfliktów było zresztą dużo, niosły one ze sobą również wiele cierpienia oraz niepotrzebnie przelanej krwi. To prawda. Pomimo tego jednak przez całe wieki ludzie potrafili na co dzień żyć obok siebie, żeniąc się, rodząc i chrzcząc dzieci (czasem w dwóch obrządkach jednocześnie), uprawiając ziemię, pracując i spoczywając niekiedy na tym samym cmentarzu. Mozaika narodowościowa na Bałkanach, w Europie środkowej i wschodniej (w tym drugim przypadku mocno wykorzeniona i sztucznie zamazana po II wojnie światowej) była tutaj czymś naturalnym. Sama Polska przez całe wieki swych dziejów była taką właśnie mozaiką. Można powiedzieć, że to rzeczywistość dzisiejszej jednolitości narodowościowej naszego kraju jest czymś sztucznym. Ale tak przecież nie było zawsze. Zastanawiam się w związku z powyższym, jak czuli się ludzie w takiej wielorakiej rzeczywistości, w jakich językach mówili, w jakich myśleli, modlili się i wychowywali swoje dzieci. A przecież niejednokrotnie ludzie tacy znali bardzo dobrze dwa, a nawet trzy języki, często nie do końca zresztą wiedząc, który z nich jest ich ojczystym. Bardzo często byli przecież prostymi, niewykształconymi ludźmi. Przypomnieć należy, że w okresie międzywojennym po jednym ze spisów powszechnych spisów ludności, w województwie poleskim np. ok 40% ludności, w rubryce z pytaniem o narodowość odpowiadali tutejszy. Co do zagadnienia zresztą i jego kontekstu, zapewne każde z takich pytań, zadane w każdym przypadku z osobna, ma swoją własną odpowiedź.

Modlitewnik z 1901 r. w języku węgierskim (własność Katarzyny Sawiak)

Do dziś pamiętam, ze moja ś.p. babcia, Katarzyna, rodowita Węgierka, która większość życia spędziła w Polsce, która biegle mówiła po polsku, i co oczywista po węgierski, do końca swych dni modliła się w swoim języku …ojczystym. Mam w swojej biblioteczce sporo jej modlitewników i Pismo Święte. Wszystkie są w języku węgierskim; dla mnie zupełnie niezrozumiałym. Pamiętam, że gdy jako dziecko spytałem ją, w jakim języku myśli, zrobiła zdziwioną minę, a po chwili odpowiedziała mi, że w tym samym, w którym się modli. Nie zrozumiałem do końca jej odpowiedzi. Nie zwracałem uwagi na jej biblię, na jej książeczki do nabożeństwa, język jej rodzinnego domu wydawał się jakąś obcą paplaniną. W domu moich dziadków przez większość jego istnienia mówiono po polsku. Jej mąż zresztą, a mój dziadek, Andrzej pochodził z zachodniej Ukrainy, mówił po polsku, ale jego matka najprawdopodobniej była Rusinką, więc niewykluczone, że znał i ten język. W czasie wojny, będąc internowanym na Węgrzech, nauczył się biegle mowy Madziarów. Kiedy po wojnie przybyli do Polski, w domu mówili w języku babci. Swoją najstarszą córkę wychowali w języku Węgrów, więc ta, kiedy przyszło w wieku siedmiu lat iść do szkoły, ze złością twierdziła, że nie będzie się uczyć w obcym języku (a takim był dla niej wówczas język polski). Do dzisiaj zresztą, zupełnie dobrze rozumie mowę swojej mamy, choć nie potrafi się nią już posługiwać. Dopiero potem, gdy babcia opanowała język polski, ich dom nabrał polskiego charakteru. Języka węgierskiego przestano używać. W jakim języku więc myślał każdy z nich, w jakim czuł? Który wreszcie uważał za swój? I czy na przestrzeni dziesięcioleci ulegało to zmianie? Tego nie potrafię określić. Kiedy jednak biorę do ręki stary modlitewnik mojej babci z 1901 roku, który dostała od swojej mamy przed wyjazdem do Polski, kiedy otwieram go, kiedy przypominam sobie twarz mojej babci i jej dobre spojrzenie, gdy patrzę na pożółkłe stronice i niezrozumiałe słowa, myślę, że jedynym językiem ich myśli, uczuć i modlitwy był …język serca.
Jarosław Sawiak

- REKLAMA - Zewnętrzne linki

1 KOMENTARZ