Miała być piękna przygoda i 70 dni spędzonych w Brazylii, Paragwaju, Boliwii i Argentynie. Skończyło się o wiele za wcześnie, po 33 dniach. Życie napisało swój scenariusz. Jestem już w domu i po 14-dniowej kwarantannie. Pomału próbuje sobie poukładać w głowie wydarzenia ostatnich tygodni.

REKLAMA

Do trzech razy sztuka

Jakieś fatum wisi nad moimi podróżami do Brazylii. Trzy razy wybierałem się w podróż do tego pięknego kraju i trzy razy nie udało mi się w pełni zrealizować moich planów. Ale za każdym razem był postęp. Po raz pierwszy chciałem odwiedzić Kraj Kawy w roku 2008. Wykupiłem w jednym z katowickich biur podróży wycieczkę na karnawał w Rio. Niestety z powodu zbyt małej frekwencji impreza została odwołana.

Po raz drugi zapragnąłem odwiedzić “królestwo” samby 8 lat poźniej, w roku 2016. Wtedy to, w Rio de Janeiro, odbywały się igrzyska olimpijskie. Wraz z Olimpijską Wyprawą Rowerową dotarłem jedynie do miasta Santa Elena na granicy wenezuelsko-brazylijskiej wcześniej przemierzając Trynidad i Tobago oraz Wenezuelę. Musiałem wracać do Polski, by podjąć leczenie w Centrum Onkologii w Gliwicach. Promyk nadziei na spełnienie marzeń pojawił się 4 lata później, w roku 2020. Kolejna olimpijska wyprawa rowerowa zaczynała się właśnie w Brazylii (Rio), a kończyła w mieście igrzysk 2020 roku – Tokio. Ja zapisałem się na część trasy, na odcinek południowoamerykański, którego trasa miała prowadzić przez Brazylię, Pargwaj, Boliwię i Argentynę. Niestety i tym razem nie udało mi się przejechać zaplanowanej trasy, bo sankcje wprowadzone w Brazylii, w związku z epidemią koronawirusa, uniemożliwiły nam dalszą jazdę.

Mural w Rio de Janeiro

Z dużej chmury mały deszcz

Trasa olimpijskiej wyprawy rowerowej prowadzić miała przez bardzo atrakcyjne miejsca. W Brazylii były to wielkie miasta jak: Rio de Janeiro, Santos i Kurytyba, romantyczna wyspa z wciąż pierwotną przyrodą Ilha Grande czy Costa Verde – zielone wybrzeże z jednej strony góry pokryte lasami tropikalnymi, z drugiej turkusowy ocean i białe piaszczyste plaże, urokliwe kolonialne miasta, bogate atlantyckie kurorty czy oddalone od cywilizacji wioski rybackie.

Wisienką na torcie miały być ogromne Wodospady Iguazu, cud natury na pograniczu Brazylii i Argentyny. W Paragwaju, po czterech dniach jazdy, mieliśmy dotrzeć do stolicy Asuncion, skąd po załadowaniu na łódź towarową popłynąć w górę rzeki Pargwaj, w stronę słabo zaludnionych równin Chaco, gdzie spotkać można kolonie menonitów i społeczności rdzennej ludności indiańskiej. W Boliwii planowane były m.in. odwiedziny malowniczego miasta Villamontes u podnóża Andów, a z kolei w Argentynie dotrzeć mieliśmy do Salty, najbardziej na północ wysuniętej prowincji, otoczonej górami, dolinami, winnicami, i jej kolonialnej stolicy – Salta la Linda („piękna Salta”), ważnego ośrodka hiszpańskiej i andyjskiej kultury. Niestety nie udało się zrealizować tych planów i nasza wyprawa zakończyła się w okolicach Kurytyby.

Bezdomni na ulicy Rio de Janeiro

Ale ten miesiąc spędzony w Brazylii na długo pozostanie w pamięci. Mieliśmy okazję zobaczyć m.in. w Rio de Janeiro – obiekty olimpijskie z 2016 roku, słynną plażę Copacabana, kultowy stadion piłkarski Maracana czy 38-metrowy pomnik Chrystusa Odkupiciela na górze Corcovado, który został wybrany jednym z nowych siedmiu cudów świata. Z kolei w mieście Santos, jednym z najwięszych portów towarowych w Ameryce Południowej, mieliśmy okazję odwiedzić muzeum legendarnego piłkarza Pelego oraz muzeum kawy.

Izba pamięci na Maracanie – stoisko Pelego

Prawdziwą jednak ucztą dla oczu była wizyta na sambodromie, podczas parady szkół samby, organizowanej corocznie na zakończenie karnawału. Na tą okoliczność zjeżdżają do Brazylii turyści z całego świata.

Parada na sambodromie
Przed konsulatem RP w Kurytybie

COVID-19 atakuje

Początek końca wyprawy miał miejsce w chwili, gdy w Brazylii zamknięto najpierw granice z sąsiadującymi krajami, a potem granice poszczególnych stanów (województw). Nie mogliśmy się przedostać ze Stanu Parana do Stanu Katarina, by dojechać do Wodospadów Iguazu, a tym bardziej do Argentyny, by kontynuować wyprawę. Najpierw wycofało się – jeszcze w Kurytybie – pięciu brytyjczyków (w tym dwie kobiety – siostry).

Billboard na przystanku w Kurytybie

Potem zrezygnowało kilku Litwinów i w grupie pozostało sześciu Polaków i Litwinka, która była zapisana na całą trasę. Po wnikliwej analizie ustaliliśmy, że kontynuowanie jazdy nie ma sensu i podjęliśmy decyzję o powrocie do kraju. Umówiliśmy się, że za rok ponownie przyjedziemy do Brazylii, by kontynuować wyprawę. Okazało się bowiem, że igrzysk nie odwołano, tylko przesunięto ich termin o jeden rok.

Szóstka Polaków przed hostelem w Rio

Polskie akcenty

Podczas zwiedzania Kurytyby natknęliśmy się na pierogarnie, którą prowadzili polscy emigranci pani Maria i jej mąż Tadeusz spod Kalisza. Oczywiście nie omieszkaliśmy spotkać się z właścicielami. Jak się okazało, osiedlili się oni w Brazylii w 1981 roku. Tu rozkręcili pierogowy interes, tu przyszły na świat ich dwie córki, które mówią po polsku i od czasu do czasu odwiedzają ojczyznę ich rodziców. Także w Kurytybie mieliśmy okazję skorzystać z usług firmy przewozowej, która przewiozła nas oraz nasze rowery i bagaże do odległego o ponad 400 km Sao Paulo. Firmę prowadzi Brazylijczyk, ale polskiego pochodzenia. Co prawda on urodzil się już w tutaj, ale jego rodzice byli Polakami, którzy po wojnie osiedlili się w Brazylii. Jego córka tańczy w polskim zespole folklorystycznym Wisła i kilka razy odwiedziła Polskę. Dużą pomoc okazała nam również pani Konsul RP w Kurytybie. Dzięki jej zabiegom udało się znaleźć firmę przewozową, która w kilka godzin przewiozła nas na lotnisko w Sao Paulo.
Ryszard Karkosz

- REKLAMA -


Zewnętrzne linki