Jaworzno to miasto bardzo osobliwe; pomimo średniowiecznej metryki tutejszego osadnictwa, miasto jako takie ukształtowało się dopiero na przełomie XIX i XX wieku, natomiast tutejsza populacja to w większości ludność pochodząca spoza terenu Jaworzna.

REKLAMA

Początki samego Jaworzna, a także Byczyny, Ciężkowic, Długoszyna, czy Jelenia to przełom XII i XIII wieku. Nieco później powstała Szczakowa, czy Dąbrowa. Wymienione wsie stanowiły oddzielne jednostki osadnicze, a łączyło je głównie to, że należały do jednej parafii; św. Wojciecha i św. Katarzyny Aleksandryjskiej. Jednak w XX stuleciu, szczególnie po II wojnie światowej, w wyniku ostatecznego ukształtowania się obszaru miasta Jaworzna, przebiegającej gwałtownie industrializacji oraz powstawania nowych osiedli, nastąpił bardzo znaczący przyrost udziału ludności napływowej w populacji miasta. Spowodowało to, że do dnia dzisiejszego większość mieszkańców Jaworzna pochodzi albo spoza jego terenu lub ma obce korzenie. Najbardziej jest to odczuwalne w śródmieściu i okolicznych osiedlach. Nieco inaczej jest w najstarszych jaworznickich osadach, gdzie jednak udział miejscowej, autochtonicznej ludności jest zdecydowanie większy.

Co oczywiste, każda rodzina ma swoją historię. Jedni zakorzenieni są w swoich małych ojczyznach od stuleci, innym przyszło natomiast zapuszczać korzenie raz jeszcze, od nowa. Moi przodkowie są tego doskonałym tego przykładem, wpisując się w pewien widoczny ale i osobliwy schemat. Z jednej strony część moich przodków związanych jest np. z jaworznickim Długoszynem od XVIII wieku lub też najbliższą jego okolicą, z drugiej strony inna ich część pochodzi nie tylko spoza Jaworzna, ale i spoza naszego kraju.

Andrzej Sawiak (u góry), z ojcem, macochą oraz siostrami, przełom lat 20-tych i 30-tych XX wieku

I tak; ojciec mojego taty, Andrzej Sawiak urodził się sto pięć lat temu w miejscowości Rzelecha Wielka, na obszarze ówczesnej Galicji, która po I wojnie światowej znalazła się w granicach Polski, w ramach województwa tarnopolskiego. Był to niemal sam koniec ówczesnej Polski. Nie miał absolutnie nic wspólnego z Jaworznem. Pochodził z ubogiej chłopskiej rodziny. Jego ojciec Szymon był Polakiem, matka najprawdopodobniej była Rusinką bądź Ukrainką, nosiła nazwisko Shucykow. Matka zmarła niestety, rodząc mojego dziadka, wychowywała go więc jej siostra, która po jakimś czasie poślubiła Szymona Sawiak. Pierwsza wojna światowa doświadczyła ich straszliwie; gdy wrócili z zesłania z ich majątku nie pozostało kompletnie nic. W czasie repatriacyjnej zawieruchy zgubili wśród dworcowego tłumu kilkuletniego brata dziadka, Władysława. Rodzice nie zobaczyli go już do końca życia, dziadek odnalazł go dopiero w latach 70-tych za pośrednictwem polskiego i radzieckiego czerwonego krzyża. Okres międzywojenny dziadek spędził w rodzinnych stronach. Przed kampanią wrześniową trafił do jednostki wojskowej w Rzeszowie. Po klęsce 1939 roku został internowany na Węgrzech. Osadzony został w jednym z obozów dla internowanych, z którego miał uciekać czterdzieści sześć razy. Na szczęście Węgrzy, pomimo, że oficjalnie byli sprzymierzeńcami III Rzeszy, sprzyjali Polakom i nie szykanowali ich. Dopiero pod koniec wojny, gdy wojska nazistowskie de facto rozpoczęły okupację Węgier, sytuacja zmieniła się na gorsze. Z tym też okresem wiąże się pewna historia. W czasie jednej z ucieczek dziadek przemieszczał się piechotą prze jedną z wsi. Zobaczył tam niemiecki patrol; lekko spanikowany nie był pewien, co powinien zrobić. Uciekł pomiędzy domostwa. Tam, pod karczmą znalazł kompletnie pijanego, śpiącego węgierskiego oficera. Nie myśląc wiele, zdjął mu buty, założył na swoje nogi i wkradł się do pobliskiego wychodka. Kiedy po jakimś czasie zbliżył się niemiecki patrol, zaczął dobijać się do drewnianego przybytku. Jeden z żołnierzy pochylił się, zaglądając w lukę pomiędzy klepiskiem, a drzwiami. Kiedy zobaczył solidne oficerskie buty zawołał po niemiecku, kim jest i co robi. A że dziadek przebywał na Węgrzech już od kilku lat, odpowiedział płynną węgierszczyzną, w sposób niewybredny zresztą, że, jakby to elegancko sparafrazować …załatwia pilną potrzebę fizjologiczną. Patrol zaśmiał się głośno, machną ręką i poszedł sobie, nie przypuszczając, że człowiek w oficerskich buciorach i mówiący po węgiersku może być …polskim jeńcem.

Katarzyna Dawid z siostrą Janką, lata 40-ste XX wieku

Gdy skończyła się wojna dziadek pozostał na Węgrzech jeszcze kilka lat. Tam poznał moją babcię, Katarzynę Dawid, rodowitą Węgierkę spod Budapesztu, która została jego żoną. Kilka lat po zakończeniu wojny wyruszyli do Polski, z kilkoma tobołkami i roczną córeczką Stefanią. Podróż trwała osiem tygodni. Najpierw znaleźli się w Krakowie. Tam na zapalenie płuc zmarła ich córka. Pochowano ją na cmentarzu Rakowickim. Potem dziadków oddelegowano do Jaworzna, gdzie dziadek podjął pracę na kopalni Jan Kanty. Większość powojennego życia spędzili na starym Leopoldzie. Kiedy rozpoczęto wyburzanie starej zabudowy pod bloki, przydzielono im mieszkanie na Podwalu. Dziadek, nie nawykły do życia w bloku szybko zachorował. Zmarł dokładnie trzydzieści sześć lat temu, 26 kwietnia 1984 roku, Babcia przeżyła go o 29 lat. Zmarła w dziewięćdziesiątym roku swojego życia, 13 marca 2013 roku.

Zarówno w moich żyłach, jak i żyłach mojego dziecka, płynie także ich krew. Ta wielokulturowość i narodowa mozaika jest czymś niezwykłym, tylko z pozoru złożonym. Jak to się więc ma do pojęcia ojczyzny, małej ojczyzny, poczucia narodowej czy religijnej przynależności? To trochę tak jak z mozaiką właśnie; składającą się z niezliczonych, odrębnych, indywidualnych cząstek, bez których nie byłoby całości, ale jednocześnie stanowiących tą właśnie całość. Bo przynależność to nie tylko miejsce i czas. To także, a może przede wszystkim pamięć, mieszcząca w sobie zasoby tego wszystkiego kim jesteśmy i kim się stajemy.
Jarosław Sawiak

Jarosław Sawiak
- REKLAMA -


Zewnętrzne linki