Wyrok radnych JMM i PiS – jaki zapadł, uchwałą sesyjną, 27 lutego 2020 – skazuje pomnik Bojowników Ruchu Oporu na wyburzenie. Takie „zabijanie”, spotyka się z protestem młodych jaworznian i także tych, którzy jeszcze pamiętają czas okupacji.

REKLAMA

Po ostatnich artykułach, odnoszących się do decyzji władzy, (radni JMM, PiS i prezydent) o zlikwidowaniu pomnika, temat ruchu oporu na nowo odżył we wspomnieniach. Sprawą zainteresowała się pani Grażyna Paul-Materna, niegdyś mieszkanka Pieczysk.

Mimo wojny, miała dzieciństwo pełne ciepła, u dziadków kochanych, Franciszki i Józefa Paulów, u cioci Helenki Pniakowej. Była dzieckiem – bystrym i myślącym. Tamte okupacyjne dni, pełne niepokoju i strachu, wryły się w jej pamięć na całe życie.

Grażyna Paul, rok 1947

Wciąż jaworznianie wspominają, zacną rodzinę Paulów mieszkającą na Pieczyskach. Oni przed wojną byli właścicielami sklepu i masarni. Przejęły ten majątek, w 1939 roku władze okupacyjne, sklepem i masarnią zawładnęli Widerowie. Pracował tam, u tych złodziejskich nowych właścicieli, syn Józefa Paula, Fryderyk i córka Helena. Fryderyk był woźnicą, a Helena ekspedientką. Tajna działalność rodzeństwa polegała na takim prowadzeniu sklepu, aby tym najbardziej potrzebującym wygospodarować choć trochę żywności. Narażali się akceptując podrobione kartki i wydając na nie przydział mięsa. Zostali aresztowani przez gestapo. Do dziś, już w kolejnych pokoleniach przetrwała wobec Paulów wdzięczność ludzi z Pieczysk i dobre słowa o nich.

Grażyna Paul-Materna, w swoim mieszkaniu w Myszkowie, marzec 2020

„Nie należeli moi dziadkowie, ani ciocia Helenka, ani stryjek Fryderyk do żadnej organizacji podziemnej, a jednak działali w ruchu oporu. O tych ludziach spontanicznie włączających się w opór wobec władzy też należy pamiętać. Pozostawienie pomnika z tablicą informującą, komu ten pomnik jest wystawiony – szlachetnym ludziom z ruchu oporu – jest gestem szacunku i uznania dla tych ludzi” – mówi dzisiaj pani Grażyna Paul-Materna. Wówczas kilkuletnia Grażynka była świadkiem ogromnej żałoby, jaka zapanowała w domu brata jej dziadka, Ludwika Paula, jego zięć, szef komórki „Jastrząb” Mieczysław Donat, został aresztowany i zginął. Ten tragiczny czas aresztowania akowców działających w Jaworznie, utkwił w jej pamięci. O tym mówiło się szeptem. Wspomina: „z babcią i z dziadkiem przyjechałam bryczką do Jaworzna, na Pechnik, odwiedzić brata dziadka, Ludwika, tam stało się coś strasznego. Krystyna, córka Ludwika, straciła męża i syna. Zapamiętałam grobową cisze w pokoju, półmrok. Smutek. Do dziś mam przed oczami stojący tam kwietnik”. Z codzienności okupacyjnej Grażynka utrwaliła w pamięci ważne zdarzenia, które z czasem zostały odnotowane w historii Jaworzna. Po latach ciekawie spisała fakty widziane oczami dziecka. Siedmioletnia dziewczynka nie miała wiedzy o tym jak spontanicznie rodziło się działanie, nazywane przez dorosłych ruchem oporu. Działanie przyzwoitych ludzi, śpieszących z pomocą. Bo, w godzinę próby – tak trzeba.

Barbara Sikora

Wojenne zdarzenia w pamięci dziecka

Naloty bombowe

Jestem w Szczakowej- Pieczyskach w domu moich dziadków Franciszki i Józefa Paulów. Siedzę w kuchni i bawię się lalkami przy małym stoliku zrobionym dla mnie przez dziadziusia. Jest słoneczny dzień, bo kuchnia jest cała rozświetlona. Nagle otwierają się drzwi, prowadzące do sklepu masarskiego, znajdującego się na zapleczu domu, szybko wchodzi babcia, a wraz z nią kilka osób, które najprawdopodobniej były na zakupach. Ktoś z domowników otwiera klapę piwnicy, ukrytej pod kuchenną podłogą i zakamuflowanej stojącą tam zawsze otomaną. Babcia bierze mnie za rączkę i wszyscy schodzimy po kamiennych schodach dosyć głęboko w dół piwnicy. Ta piwnica, a właściwie coś w rodzaju schronu, jest słabo oświetlona, ale nie pamiętam czym. Stoimy pod ścianami tego pomieszczenia, z jednej i z drugiej strony, a zapamiętałam to bardzo dobrze, ponieważ w gronie tych osób była zakonnica, chyba nawet ówczesna siostra przełożona, w charakterystycznym rozłożystym kornecie, który wujek Karol (Pniak), określał mianem awionetki, jak słyszałam już w znacznie późniejszym czasie. Jednakże wracając do początku tej opowieści, miało to miejsce na początku wojny 1939. Były już naloty bombowe i zapowiedź grozy, która miała dla nas nastać na długie lata. A dla mnie, małej wówczas dziewczynki, skończył się ten okres błogiej szczęśliwości.

Biało-czerwony sztandar

Jest już wojna, w domu dziadków niepokój, dziadziuś z moim stryjem Fryderykiem ciągle biegają na tyły budynku, od strony ogrodu, gdzie znajdują się różne zabudowania gospodarcze oraz magazynowa piwnica, coś wynoszą. A mnie zainteresował jeden szczegół, mianowicie pakunek, który niesie stryj Fryderyk i opiera go na ramieniu: to biało-czerwony sztandar, pośrodku owinięty w papier, czy płótno, ale wystają na tyle widoczne fragmenty – na dole i od góry – że je dostrzegam. Po wielu latach dowiedziałam się, że był pospiesznie wynoszony i gdzieś ukryty, tylko jakoś po skończonej wojnie nie można go było odnaleźć. Zapamiętałam ten fakt bardzo dobrze, bo zachodziła potrzeba uczczenia święta narodowego wywieszeniem flagi, ale poszukiwania jej w obejściu domu nie dały rezultatu. Tu jeszcze dodam, że jak po latach opowiedziałam to domownikom, to nastąpiło wielkie zdziwienie i pytanie: „Grażynko, ty to widziałaś? Takie małe dziecko”. Tak, widziałam też jeszcze wiele innych rzeczy podczas wojny i zapamiętałam i tak mam do dziś. Szczegóły, wydawałoby się nic nie znaczące, z czasem stają się ważnym faktem z życia.

Egzekucja

W mroźny zimowy dzień ciocia Helenka Pniakowa, pani Julia Geigerowa (nauczycielka) i ja, stoimy w Szczakowej w okolicy rzeźni miejskiej, wśród tłumu ludzi. Policja nakazała wszystkim mieszkańcom tam się zgromadzić. Czuje strach. Idziemy. Jest mi jakoś dziwnie źle, bo słyszę, że będą wieszać ludzi. Mam sześć lat. Jestem mała, niewiele zobaczę, wiem jednak, że stanie się coś strasznego. Przerażenie cioci i pani nauczycielki w tym mnie upewnia. Słyszę słowa: egzekucja na Polakach przygotowana przez Niemców. Ciocia Helenka płacze, pani Julia płacze. I nagle rozlega się głos jednego z tych skazanych na śmierć. Krzyczy: Niech żyje Polska. W miejscu tej kaźni w Szczakowej stoi pomnik, upamiętniający bohaterskich kolejarzy, z ruchu oporu, ofiarnie działających przez akcje sabotażowe. Teraz pisząc to wspomnienie, zastanawiam się: czy ciocia Helenka przemyślała decyzję zabrania mnie na egzekucję kolejarzy, chciała by w pamięci dziecka utkwiło okrucieństwo wojny? Cena jaką płaci się za opór stawiany okupantowi. O tym miałam wiedzieć już od dziecka.

Obóz dla powstańców warszawskich

Jest wiadomość, że gdzieś w okolicach dworca kolejowego w Szczakowej, znajduje się obóz dla ludzi z powstania warszawskiego, utworzony przez Niemców. Podobno można pomóc, zanieść żywność czy odzienie. Ciocia Helenka przygotowuje paczkę, w której między innymi są jakieś moje zabawki, bo podobno w obozie są również dzieci. Idziemy tam razem, a to dosyć spory kawałek od domu dziadków, ku temu obozowi. Droga niełatwa, trudna, jak na moje ówczesne możliwości. Doszłyśmy. Widzę piaszczysty teren, ogrodzony drutem kolczastym, wewnątrz baraki. Podchodzimy bliżej, nie ma żadnej możliwości skontaktowania się z ludźmi, bo wzdłuż tego ogrodzenia, chodzi niemiecki, uzbrojony żołnierz i nas „haltuje”. Nie możemy niczego podać. Rozglądałam się z zaciekawieniem i smutkiem. Zapamiętałam, taki obrazek: na piachu przed barakiem siedzi małe dziecko, dziewczynka i patrzy na nas. Nie wiem, jak to się stało, w jakiej determinacji była moja ciocia Helenka, bo mimo zakazu zaczęła rzucać za to ogrodzenie jabłka, gruszki, były to owoce z naszego ogrodu. Jeśli mnie pamięć nie zawodzi, to Niemiec nie pozwolił tych owoców zbierać. Fakt ten to był dla mnie bezmiar smutku, przygnębienia i przywołując ten obraz, tak to odczuwam do dzisiaj.

Grażyna Paul-Materna Myszków, 20 marca 2020

- REKLAMA -


Zewnętrzne linki