REKLAMA

Ruszamy 2 marca spod stadionu olimpijskiego w Rio de Janeiro, by po 145 dniach jazdy na rowerze i pokonaniu ponad 9.000 km dotrzeć 24 lipca do Tokio, w dniu inauguracji igrzysk olimpijskich. Dla mnie, to będzie już czwarta wyprawa rowerowa na igrzyska olimpijskie – święto światowego sportu.

Wcześniej jechałem z greckiej Olimpii do Pekinu (2008), z Pekinu do Londynu (2012) oraz z Londynu do Rio de Janeiro (2016). Tym razem nie zaplanowałem przejechania całej trasy, a tylko część południowo-amerykańską. Potem wyprawa przenosi się na Hawaje i dalej do Japonii.

Trochę historii

Kiedy po raz pierwszy, w lutym 2008 roku, wyruszałem z Olimpii, kolebki światowego olimpizmu do Pekinu, nie przypuszczałem – w najśmielszych marzeniach – że to dopiero początek mojej olimpijskiej przygody. Dzięki tym wyjazdom miałem potem okazję zwiedzić wiele krajów w Azji, Ameryce Północnej i Południowej oraz Europie. Ale po kolei.

2008 – Olimpia Grecja – przed startem do pierwszej wyprawy Olimpia – Pekin

Igrzyska Olimpijskie zgodnie z ustaleniami Międzynarodowego Komietu Olimpijskiego odbywają się co 4 lata, od 1896 roku. Są one przyznawane miastom naprzemian, na różnych kontynentach. I tak np. w roku 1996 odbywały się w Ameryce Północnej (Atlana/USA), cztery lata później w Australii (Sydney 2000), a kolejne w Europie (Ateny 2004), Azji (Pekin 2008), znowu w Europie (Londyn 2012), Ameryce Południowej (Rio de Janeiro/Brazylia 2016) i obecnie w Azji (Tokio 2020). Jak dotąd igrzyska olimpijskie nie trafiły jeszcze na kontynent afrykański.

W czasach mojej młodości wyjazd na takie światowe wydarzenie był ze względów politycznych, ale także ekonomicznych praktycznie niemożliwy. Zarówno igrzyska w Monachium (1972), Montrealu (1976), Moskwie (1980), Los Angeles (1984), Seulu (1988), Barcelonie (1992), Atlancie (1996) czy Sydney (2000) przyszło mi oglądać w telewizji. Wszystko zmieniło się na początku XXI wieku, kiedy to Polska weszła do Unii Europejskiej. Zniesienie wiz do wielu krajów świata i wzrost siły nabywczej polskiego pieniądza, a także gwałtowny rozwój turystyki rowerowej otworzyły nowe możliwości. Już w 2004 roku – jeszcze za pośrednictwem biura podróży – wyjechałem do Grecji, by z bliska poczuć olimpijską atmosferę. Potem, w 2007 roku natrafiłem w internecie na informację o rowerowej wyprawie na igrzyska olimpijskie w Pekinie, w 2008 roku. I tak to się zaczęło.

Moje olimpijskie przygody

Organizatorem wypraw rowerowych do miast igrzysk olimpijskich co 4 lata jest Stowarzyszenie Podróżników Crotos z Warszawy oraz Litewska Fundacja Great Millennium Peace Ride. Patronem zaś od samego początku Polski Komiet Olimpijski. Na pierwszą wyprawę w 2004 roku nie pojechłem, bo po prostu o takim projekcie nie wiedziałem. Wtedy rowerzyści olimpijskiej wyprawy jechali od Nordkappu (najbardziej na północ wysuniętego punktu Europy) do starożytnej Olimpii. Mój debiut nastąpił w 2008 roku. Jechaliśmy wówczas z greckiej Olimpii do Pekinu przemierzając Grecję, Turcję, Gruzję, Azerbejdżan, Turkmenistan, Uzbekistan, Kirgistan i Chny. W sumie 8 krajów, 171 dni i ponad 12.000 przejechanych kilometrów. Byłem wtedy jednym z dwóch Polaków, którzy pokonali całą trasę.

2012 – w tle Tower Bridge, na mecie wyprawy Pekin – Londyn

Rok 2012 to igrzyska w Londynie, a więc całkiem niedaleko. Najprościej byłoby jechać z Polski do Anglii przez kraje zachodniej Europy. Jednak założenie organizatorów – od samego porządku – są takie, że kolejna wypraw zaczyna się w miejscu, w którym skończyła się poprzednia. Więc start wyznaczono w Pekinie. Była to praktycznie wyprawa dookoła świata, bo wylecieliśmy samolotem z Waszawy na wschód do Pekinu, a wracaliśmy z kierunku zachodniego, z Londynu, okrężając tym samym Ziemię. Po drodze zwiedzaliśmy Chiny, Koreę Południową (“północna” odmówiła nam wiz), Japonię, USA, Irlandię, Walię i Anglię. W sumie 7 krajów, 161 dni i ponad 10.000 przejechanych km.

2012 – Plac Tienanmen w Pekinie – przed startem do wyprawy Pekin – Londyn
2016 – start do wyprawy Londyn – Rio de Janeiro

W 120-letniej historii igrzyska olimpijskie wiele razy odbywały się za Atlantykiem : w Saint Louis (1904), Los Angeles (1932, 1984), Meksyku (1968), Montrealu (1976) czy Altlancie (1996), ale jak dotąd nigdy w Ameryce Południowej. I właśnie w roku 2016 po raz pierwszy tam trafiły. Na gospodarza zawodów wyznaczono brazylijskie miasto Rio de Janeiro. Tym razem na trasie wyprawy była Anglia, wyspy Trynidad i Tobago, Wenezuela, Gujana, Surinam, Gujana Francuska i Brazylia. W sumie 7 krajów, 171 dni i ponad 10.000 przejechanych km. Niestety nie udało mi się dojechać do celu. Po przejechaniu Trynidadu i Tobago na Morzu Karaibskim oraz Wenezueli musiałem ze względów zdrowotnych wrócić do Polski, z granicy wenezuelsko-brazylijskiej. Na pożegnanie, w granicznym mieście Santa Elena, koleżanki i koledzy pocieszali mnie, że to nic straconego, bo za cztery lata i tak przyjadę do Rio, na start kolejnej wyprawy. Minęły cztery lata i przepowiednia staje się faktem. Ale o tym już za tydzień w kolejnej relacji.
Ryszard Karkosz

- REKLAMA -

Zewnętrzne linki