Spod szafki nocnej wystawało coś białego. Niewielki rożek, przypominający kawałek czystej kartki. Pochyliła się, siedząc na łóżku, wyciągnęła dłoń, grubymi palcami niezgrabnie usiłując pochwycić znalezisko. Poderwała je wreszcie, podniosła, obejrzała z uwagą, po czym z obojętnością odłożyła na szafkę. Na prostokącie białego, złożonego na pół papieru majaczyło czyjeś niewyraźne pismo.

REKLAMA

Spojrzała w maleńkie okienko rozlewające po izbie mdłe i anemiczne światło, zbyt słabe by dostrzec cokolwiek poza swymi bladymi stopami. Westchnęła głęboko, jak to zwykła robić każdego ranka gdy witać jej przychodziło kolejny dzień. Przeżegnała się szybkim ruchem po czym obejrzała na śpiącą za plecami matkę. Siedziała tak bezczynnie nie myśląc o niczym. Stary, wiszący zegar odmierzał kolejne minuty. Po kilku z nich wyszła z izby na zewnątrz. Gdy otworzyła drzwi potężny wicher uderzył ją w dziewczęcą twarz ostrzem przenikliwego mrozu i odłamkami krystalicznego śniegu. Kilkadziesiąt kroków dzielących ja od celu przypominało wyprawę na dach świata. Wydeptana wieczorem ścieżka utonęła pod warstwą puchu, pozostawiając ledwie widoczne oznaki ludzkiej obecności, zaś drzwi do których zmierzała oblepione były śniegiem, zupełnie jakby arktyczny murarz zarzucił na nie bielutką zaprawę i zupełnie zapomniał o jej zatarciu. Z trudem weszła do środka zgrzytając zębami i otrzepując z dużych męskich butów nawisy śniegu. Pomimo dominującej szarzyzny co jakiś czas instynktownie wyglądała przez wycięte w deskach serduszko, lustrując z lękiem otoczenie; coraz bardziej jaśniejące w lichych promieniach słońca, z wielkim trudem przebijających się przez warstwę chmur. Za każdym bowiem razem kiedy pochylała głowę, miała wrażenie, że coś przemyka za drzwiami, rzucając wyraźny, choć bardzo ulotny cień. Widziała go nawet wówczas gdy mocno i z zawziętością zamykała oczy, nie rozumiejąc jak można widzieć cień w takiej szarzyźnie. Kiedy już miała wychodzić na zewnątrz, coś szarpnęło drzwiami kilkakrotnie wprawiając ją w stan paraliżującego osłupienia. Przeklinając w duchu zawzięte porywy wiatru, odsunęła lekko zasuwę; już miała odchylić barierę dzielącą ją od świata zewnętrznego, gdy w jednej chwili drzwi z potężnym łoskotem otworzyły się, kilkakrotnie uderzyły o zewnętrzną framugę i stanęły otworem. Spojrzała przed siebie, czując, jak pomimo przenikliwego zimna kąsającego ją po plecach przez stary znoszony płaszcz ojca, miedzy jej łopatkami płynie stróżka potu, mająca swe źródło gdzieś na wysokości karku. Na zewnątrz zrobiło się jaśniej. Postąpiła kilka kroków do przodu, gotowa by wystrzelić w stronę domostwa niczym torpeda. Zanim to jednak zrobiła, jej wzrok przykuły wyraźne, choć bardzo płytkie ślady czyichś kroków. Co dziwne zaczynały się dopiero kilka metrów od niej, po kilkunastu zaś śladach pozostawionych przez zdecydowanie męskie obuwie urywały się, po czym zaczynały ponownie. A potem nikły nagle pod nieprzebranym dywanem bieli, rozlegającym się aż do samych drzwi. Dobrze wiedziała, była niemal pewna, że jeszcze przed kilkunastoma minutami nie było ich wcale. Podeszła bliżej, pochyliła się nad bielą, przyjrzała śladom. Coś mocno ukłuło ją w pierś. Pochłonęło bez reszty. Wstrzymało oddech. Kazało biec do domu. Wejść jak najciszej, wślizgnąć dyskretnie pod grubą pierzynę i z cały sił zamknąć oczy. Kiedy więc znów znalazła się w środku, czym prędzej postąpiła niemymi krokami w kierunku śpiącej matki. I wtedy właśnie przypomniała sobie o niej, złożonej białej kartce, polegującej na szafce przy łóżku. Wokół zrobiło się zdecydowanie jaśniej. Spojrzała więc na nią z uwagą. Nagryzmolono na niej jedno krótkie zdanie. Przeczytała je lekkim szeptem, zupełnie jakby chciała zwrócić się do samej siebie: Jutro odejdę. Drżącymi dłońmi zmięła ją, zaciskając kościste pięści. Zdanie, jak zdanie- pomyślała najpierw, lecz zaraz potem przeszył ją chłód głębszy od tego na zewnątrz. Bo przecież było to pismo jej ojca; człowieka który niemal dwa tygodnie temu opuścił ten świat. I właśnie wówczas przypomniała sobie, niby zupełnie bezwiednie, jak mówił jej nie raz, ostatni raz niecały miesiąc wcześniej, że zanim da się pochłonąć bez reszty śmierci, której jak twierdził, nie bał się w ogóle, zrobi cokolwiek by udowodnić im, że bardzo mylą się ci, którzy nie wierzą w nic. – To musi trwać dalej- powtarzał- po prostu musi. Zamknęła oczy. Tym razem jakby spokojniej i delikatniej. Po prostu musi- powiedziała do siebie, po czym schowała swoje zmarznięte stopy pod gruba warstwę pierzyny. Kiedy niecałą godzinę później zbudziła ja krzątanina matki, po białej tafli złożonej na pół kartki nie było już śladu.
Jarosław Sawiak

- REKLAMA -

Zewnętrzne linki