„…Na początku trwała tylko chwilę, zupełnie jak mrugnięcie oka. Potem jakby dłużej, postrzegając otoczenie przez lekko białą mgłę, poruszając się, […] w trochę zwolnionym tempie, tak jakby to był sen. Po jakimś czasie zdawała się istnieć kilka chwil, potem dni, tygodni, miesięcy, po czym rozpływała się, rozpadała na miliony nieokreślonych mikrocząstek, niknąc w niebycie.” Tak zaczynają się zapiski Klemensa z Croutoux, a co istotne i najbardziej zdumiewające, dotyczą ludzkiej duszy, będącej według niego, pokłosiem nie tylko sprawczej mocy boskiej cząstki lecz także, a może przede wszystkim, owocem procesu ewolucji.

REKLAMA

Zaledwie kilkanaście lat temu odkryto je zupełnie przypadkiem. Spisane przez zapomnianego przez świat eremitę, który ostatnie kilka lat swego żywota spędził na uwiecznianiu na papierze swoich przemyśleń, przetrwały do naszych czasów w formie zaledwie szczątkowej. Mnich ten zmarł na początku XX wieku, dożywszy osiemdziesięciu sześciu lat, tym bardziej więc zdumiewa jego styl, świeżość spojrzenia i nadzwyczaj postępowe, chciałoby się rzec, wnioski i poglądy, przynajmniej jak na mnicha. O człowieku tym nie wiemy prawie nic. Wiemy, że istniał, że po kilkunastu latach swej zakonnej służby wydalono go z zakonu, a właściwie zawieszono w próżni, nie pozwalając odprawiać mszy, udzielać innych sakramentów i zamykając w samym Grande Charteuse, na południowym wschodzie Francji, za klasztorną furtą, pod bacznym, choć niemal całkowicie ślepym (i w dodatku jedynym) okiem starego i zrzędliwego przeora Maurica’a de Cabanis. Do dziś nie przetrwały żadne dokumenty, mówiące coś więcej o sprawie krnąbrnego podobno mnicha, jakim miał być Klemens, więc cała reszta zdaje się być sumą domysłów i spekulacji. O kilkudziesięciu kolejnych latach jego żywota wiemy również bardzo niewiele. Dopiero o ostatnich kilku wiadomo, że przebywał nieopodal miejscowości Croutoux, pomieszkując w małej, zapomnianej przez świat leśniczówce, leżącej na drodze do opuszczonego kościółka St. Roselina de Villeneuve. Chodził w tym samym habicie, w którym zaczynał swą duchową wędrówkę życia. Jadł niewiele, zaledwie to, co przynieśli mu inni, pił wodę z rzeki, wstawał w środku nocy, modlił się ponoć niewiele, mówiąc wszak jak na kartuza zdecydowanie za dużo, wyłącznie jednak do siebie, unikając przy tym innych ludzi. Podobno dużo czytał, nie mało też pisał, ale przetrwało do naszych czasów zaledwie kilka jego zapisków, nagryzmolonych na marginesach wytartego i wypłowiałego brewiarza oraz na czymś w rodzaju fiszek, skrzętnie, solidnie doklejonych do pożółkłych stronic. Kiedy więc zmarł, brewiarz przepadł bez śladu, choć pamięć o starym człowieku była nadal żywa. Dopiero jakiś czas temu przypadkowy poniekąd zbieracz staroci wykupił go z rąk ogorzałego i cuchnącego winem Louisa de’Breacite, ostatniego, trzeciego syna bratanka rzeczonego Klemensa. Po ponad dekadzie, mój nie mniej zrzędliwy stryj, ten sam, który odkupił brewiarz od pana Louis’a, podarował mi ową książeczkę, zupełnie bezemocjonalnie i obojętnie, jakby nie zdając sobie sprawy, co owa w sobie mieściła. Nic zresztą dziwnego. Z bazgrołów ciężko było odszyfrować cokolwiek, co miałoby sens, przynajmniej z pozoru. Dlatego pewnie rękopis ten przeleżał na jednej z półek następne kilka lat. Dopiero teraz usiadłem nad nim…

Ojcze Nasz, któryś jest w niebie…, zaczyna się piata strona brewiarza. Potem modlitwa do matki Jezusa, następnie Credo, zaś po nim modlitwa za zmarłych. I równolegle z nią, na pożółkłej karteczce, widnieje drobniutkie, pochylone w prawo pismo; pierwsze kilka wyrazów roztarte, jakby ktoś po ledwie zasychającym atramencie przejechał umyślnie kciukiem. A potem następuje kilka kolejnych, całkiem dobrze czytelnych zdań, mówiących, że „…Na początku trwała tylko chwilę…”

Zastanawiam się, czy to o czym pisał ojciec Klemens było tworem jego filozoficzno- teologicznych dociekań, czy może ten, który w opinii współczesnych uchodził za oczytanego, zetknął się jednak z głównymi nurtami myśli swojej epoki i pod ich wpływem formułował swoje własne tezy. Jakby nie było, to jak na wyalienowanego mnicha poglądy miał nietuzinkowe i gdyby żył i płodził je zaledwie kilka stuleci wcześniej, skończyłby …na stosie. Filozofia Klemensa z Croutox wydaje się być mieszanką swoistego i personalnego ewolucjonizmu, zmieszanego z nie mniejszą dozą szeroko pojętego kreacjonizmu. Czy uznać to należy za pewien rodzaj eklektyzmu autora? Trudno powiedzieć. Niewątpliwie jednak to, o czym pisał zakonnik u schyłku swego żywota, daje sporo do myślenia.

Kiedy wybrałem się któregoś dnia do miejsca, w którym niegdyś stał niewielki domek, zamieszkały niegdyś przez mnicha, nie zastałem nic, co wskazywałoby na fakt, że jeszcze parę dekad temu człowiek ten mieszkał tam, modlił się i tworzył. Dopiero kiedy udałem się do starego kościółka St. Roselina de Villeneuve, natknąłem się na malutkim cmentarzyku tuż obok na betonowy nagrobek, pod którego cokołem leżały szczątki starego Klemensa. Dotarło wówczas do mnie to, że tak naprawdę wszystkim, co pozostało po nim są jego słowa, a cała reszta to niszczejący grób i trochę próchna pod warstwa piaszczystej gleby. To trochę mało, jak na kogoś, kto pewnie każdego dnia spoglądał w otchłań wieczności, bez względu wszakże na fakt, jak daleko było mu do niej. Nie sposób było odpędzić od siebie myśl o tym, o czym na pierwszych stronach pisał ów człowiek wielkiej wiary, lecz nie mniej przerażających i monstrualnych wątpliwości. Bo ojciec Klemens wierzył w Boga, to rzecz pewna. Wierzył też w ludzką duszę. Lecz nade wszystko bał się tego, że właśnie ona, jedno z najdoskonalszych dzieł swojego Stwórcy, choć ma swój początek, to jednocześnie ma i swój koniec. Można wnioskować, że wiedział, że wszystko co jest we wszechświecie, musi być z czegoś, musi mieć swój początek i koniec, swoją strukturę, kręgosłup, że definicja metafizyki jest tylko umowna, że cały świat to fizyka, biologia, chemia i matematyka, zaś wielki konstruktor i mechanik świata, którego zwiemy Bogiem jest częścią wielkiego systemu rzeczywistości, tej namacalnej, absolutnej ale i odległej i nie mierzalnej jak dotąd. Dla ojca Klemensa to ludzki mózg wydaje się być najważniejszy (ciekawe czy widział tenże kiedykolwiek i czy pomyślał, że ta galaretowata masa tkanek może mieścić w swojej strukturze choćby kawałek wiecznej tkanki), tak materialny i namacalny w swej istocie, lecz jednocześnie niosący w swoim idiomie bezmiar tajemnic. Ludzka dusza więc, którą nazwać możemy także jaźnią czy świadomością bytu, to nic innego jak swego rodzaju projekcja ludzkiego mózgu, jego swoisty wytwór, a nawet wyrzut, choć jednocześnie substancja będąca jego integralną częścią, niezaprzeczalnym habitatem. Mózg wszak rozwijał się przecież od form zdecydowanie prostszych, żeby nie powiedzieć na poły prymitywnych. Ale czas zdołał zrobić swoje. Mózg udoskonalał się, był coraz bardziej złożony, na początku niewielki, potem większy i większy i bardziej jeszcze złożony; człowiek, a w zasadzie jego przodkowie ćwiczyli swój mózg; myśleli coraz więcej, coraz więcej wykazywali kreatywności i abstrakcji w działaniu i tworzeniu, sny były coraz bardzie złożone i dłuższe, a samoświadomość coraz silniejsza. Lecz wraz ze śmiercią wszystko nikło, zachowując się jedynie na jakiś czas w pamięci bliskich. Ale i ona była ulotna. Czas jednak nadal robił swoje. Ludzie nadal umierali, lecz tuż przed śmiercią coraz częściej zastygali na chwilę w nie do końca uświadomionym przekonaniu, że tuż za progiem jest coś. Lecz na tym progu potykali się za każdym razem, niknąc na zawsze. Aż razu pewnego zdarzyło się coś dziwnego. Człowiek, który roztrzaskał sobie głowę w trakcie polowania i upadł jakby rażony gromem zdołał otworzyć oczy. Zobaczył własne strzaskane ciało, poczuł gorąco w piersiach i ulotnił się w mdlący i suchy niebyt. Potem przypadków takich było coraz więcej, a chwile tej jakże pośmiertnej świadomości trwały coraz dłużej, dłużej i dłużej. I tak do dzisiaj, gdy przeżywamy własną śmierć, by pożyć jeszcze przez chwilę, powłóczyć się po starych cmentarzach i uroczyskach i by postraszyć w pustych domach, miejscach śmierci czy zbrodni, aby zapukać od czasu do czasu w czułe drzwi co poniektórych serc i dać o sobie znać. Tylko co dalej..?

Klemens z Crotoux pisze w innym miejscu; …bo przecież Bóg stworzył nas i powołał do życia poprzez kreację, lecz nadał nam u początku formę najpierwszą z pierwszych, najprymitywniejszą z prymitywnych, najbardziej ulotną z ulotnych, […] pozostawiając resztę ewolucji, która podając swą dłoń kreacjonizmowi zaprowadziła nas w miejsce w którym tkwimy do dzisiaj. Musimy iść nadal bo tylko wówczas spojrzymy w oczy nieśmiertelności…[…], gdzieś na końcu tej drogi jest wieczność…

Kreacjoniści pewnie wyklęliby Klemensa za bratanie ich z ewolucjonistami i vice versa zapewne. Ci pierwsi zakładają przecież stworzenie człowieka oraz wszechświata jako akt jednostkowy, stawiając nasz rodzaj jako już formę ukształtowaną i gotową, wraz z nieśmiertelną, wieczną duszą. Ewolucjoniści natomiast zakładając początek, twierdzili natomiast, ze droga istnienia wiedzie od form pierwotnych, prostych, do tych bardziej złożonych. Dotyczyć to miało, wedle przynajmniej niektórych, także ludzkiej duszy. To według nich jesteśmy nadal formami przejściowymi, a nasze życie to nieustanna wędrówka ku doskonałości. Klemens pogodził więc wedle własnego mniemania te dwa światy. Lecz cały czas towarzyszył mu strach, o którym pisze na stronie szesnastej, gdy mówi, że boi się strasznie, …że kiedy otworzą mi się oczy kwintesencji swojego bytu, kiedy zobaczę swoje martwe ciało, to za czas jakiś wzrok swój zacznę tracić, ślepnąć zacznę i rozpłynę się w nicość. A potem chodzić miał do starego kościółka świętej Roseliny i modlić się by nie oślepł naprawdę.

Odważny był ojciec Klemens pisząc swoje słowa. Zaskakujący ewolucjonista, zdeklarowany kreacjonista. Żarliwą wiarę łączył z duchem nowych czasów. Wierzył, że nasza droga to wielki i złożony proces, od form najprostszych, przejściowych, do tych złożonych i doskonałych niemalże. Na jakim jesteśmy etapie? I dokąd zaprowadzi nas owa droga. Klemens z Crotoux już wie. My kiedyś dowiemy się także. Obyśmy tylko wówczas rozpromienili się oszałamiającą przestrzenią wieczności i nieśmiertelności, tak niedościgłej z pozoru i nieosiągalnej, choć jednocześnie tak upragnionej i wyczekiwanej.
Jarosław Sawiak

- REKLAMA -


Zewnętrzne linki