Podobno jest mężczyzną; inteligentnym, oczytanym, niemal wszechwiedzącym. Cechuje go szarmancka kurtuazja, przenikliwość spojrzenia i umysłu, stoickie wprost opanowanie, zaś w oczach niektórych uchodzi za nad wyraz eleganckiego i przystojnego jegomościa. Całkiem intrygujące dossier. A co ciekawe dotyczy …współczesnego diabła.

REKLAMA

Niemal od zawsze mieszka w chtonicznych przestrzeniach. Nie wiadomo skąd się wziął, jaka jest jego prawdziwa rola w dziejach wszechświata ani dokąd zmierza jego egzystencja. Lecz niemal pewnym jest fakt, że od dłuższego już czasu jest niekwestionowanym zwycięzcą swojej epoki. Jego największym bowiem sukcesem jest to, że ludzie przestali w niego wierzyć.

Co do zasady nie wstydzimy się wierzyć w Boga, w anioły, legendy, podania, duchy, w pozagrobowe istnienie, wyłaniające się ze szczelin naszej nadziei. Ale gdy pora przychodzi na diabła, na jego otchłanie i ciemną przestrzeń istnienia, budzi się w nas opór; cuchnący średniowiecznym zabobonem, śmiesznością, czy raczej strachem przed nią, tak jakby ów książę ciemności nie istniał, był jedynie kukłą do straszenia maluczkich grzeszników czy niegrzecznych dzieci, przeżytkiem, na który nie ma już miejsca. Usunięto go z regału ogólnoludzkiej kultury, ot tak. Fik, mik i …diabeł znikł. Wyobraźmy sobie jednak, że on …jest. Istnieje naprawdę. Przez ułamek sekundy, przez choćby jedną chwilę, przez okamgnienie dopuśćmy taką możliwość.

Co teraz? Teraz dopuśćmy do świadomości także jego habitat, który my ludzie tak nieudolnie nazywamy piekłem; rojąc wciąż sobie piekielne ognie i kadzie, bulgoczące ludzkim strachem i cierpieniem. A teraz wyobraźmy sobie, że przychodzi do nas; z uśmiechem na twarzy, w dobrze skrojonym ubraniu, siada naprzeciw i patrzy nam głęboko w oczy; bez choćby krzty ognia i dymu, bez drażniącego odoru siarki i cuchnącego oddechu, bez ostrych, sterczących rogów na głowie. A my jak gdyby nieświadomi niczego tkwimy niemal nieruchomo, zerkając w zwierciadło jego oczu, wpatrując się jak w malowany obrazek; patrzymy, patrzymy, wytrzeszczamy oczy i nie widzimy kompletnie nic… poza sobą. A on nie mówi równie kompletnie nic, uśmiecha się tylko nadal bez słów, kręcąc jedynie młynek swoimi długimi, suchymi, pomarszczonymi palcami. Poprawia krawat, zakłada nogę na nogę, ukazując czubek swojego błyszczącego, wypolerowanego, smukłego buta. Nie jest już szatanem Goethego, Słowackiego, czy Mickiewicza. Jest elastyczny, idzie z postępem czasu, niemal na każdej płaszczyźnie bezlitośnie umykającego wymiaru. Można by rzec, że jest trendy. Potrafi odnaleźć się w każdej epoce.

W „Braciach Karamazow” Fiodora Dostojewskiego czytamy, że gdyby człowiek miał stworzyć szatana, uczyniłby to na swój obraz i podobieństwo. Bardzo to wymowne, ale człowiek nie stworzył diabła, stał się jedynie swego rodzaju pryzmatem, przez który przenika zło, zatruwając ludzką duszę, istnienie i świat, jego emanacją, zdolnym, choć równie nieświadomym do końca swej roli uczniem. A szatan tkwi w swojej otchłani i tylko patrzy; co do zasady nie złości się, nie irytuje, jemu nie zależy. On karmi się bezmiarem zła, które kiełkuje z połaci naszej wolności, które rozrasta się do rozmiarów olbrzymiej sekwoi, która rzuca nieprzenikniony cień na rzeczywistość bytu. Jedyne co go podobno lekko drażni, wciąż napędzając nieustannie wirujący palczasty młynek to pulsująca świadomość, że ludzie nie skarżą się na niego, nie jego obwiniają za zło tego świata; tłumaczą je przypadkiem, nieustającą koleją losu, który co rusz przybiera różne formy i kształty, a na który wpływu nie ma nawet człowiek. Zło jest, bo jest, bo być musi. Ot tak. I tyle.

Ten upadły podobno anioł, niesforne stworzenie Boga ciągle przychodzi do nas, przybiera jakże ludzkie i różne formy i kształty, manipulując naszymi zmysłami, rzeczywistością w której przyszło nam żyć. Bezczelnie posługuje się materią, wszystkimi elementami wszechświata, śmieszy go to, co zwaliśmy niegdyś metafizyką, która w rzeczywistości nigdy nie istniała, okrywając jedynie swym purpurowym całunem to wszystko, do czego nie udało nam się jeszcze dotrzeć naszymi zmysłami, możliwościami postrzegania i ludzkiej percepcji. Nie jawi się jako duch, potwór, bezkształtna masa zła, przychodzi jako jeden z nas, tak jak go widział Dostojewski, Bułhakow, Mann, Kołakowski, czy inni. Tak jak być może codziennie widzimy go my, kiedy zerka na nas zza powiek spotykanych na co dzień ludzi. Tak jak słyszymy o nim, gdy świat wciąż krzyczy o wojnie, cierpieniu dziecka wyrzuconego na śmietnik, któremu nikt nie dał szans, o bezsensownym chaosie, chorobie i równie bezsensownej śmierci. Patrzymy jednak, nie widząc go wcale, słuchamy, nie słysząc. W naszym poukładanym, poprawnym i racjonalnym świecie nie ma już miejsca dla niego, a on przychodzi mimo wszystko, nie pytając nas jednak o zgodę. To przecież on na tym świecie rozdaje karty. To wszystko nie bierze się znikąd. To jest. Tak jak on. To raczej nie jest kwestia wiary. Wszak nie potrzeba nam tejże, kiedy słyszymy ludzki płacz i szloch bezsilności. Jeśli więc nasze dusze zaczną kiedyś wątpić w pozazmysłowe, pozostające zmysłowym bardziej niż moglibyśmy kiedykolwiek sądzić, niech nasze zwątpienie nie zaczyna od niego, nigdy, przenigdy, nie dajmy mu wygrać. Jego pozorna bowiem niezawodność nie zawiedzie nas nigdy. A kiedy przyjdzie do nas i się wygodnie rozsiądzie w fotelu naprzeciw, podejdźmy jak da się najbliżej i …wydłubmy mu oczy. Jarosław Sawiak

- REKLAMA -

Zewnętrzne linki