Scholastycy twierdzili niegdyś, że jaki byt takie działanie. Znalazło to odzwierciedlenie w filozofii Immanuela Kanta, u którego oznaczało ono, że istnieje w człowieku pewna niezmienna cząstka, która pozostaje stała i niewzruszona, determinując przy tym nasze czyny. Filozof nazwał ją noumenem, a postępowanie mające w nim swoje źródło charakterem noumenalnym.

REKLAMA

Charakter noumenalny, czy ściślej rzecz ujmując same noumeny były traktowane przez Kanta jako rzecz sama w sobie, jako niezmienny, niemożliwy do zbadania i całkowicie niedostępny naszemu postrzeganiu pierwiastek, obecny wszakże we wszystkich naszych postępkach; przejawiający się jako swego rodzaju sygnet, który odciska się w tysiącach pieczęci, w nieskończonych otchłaniach czasu, pozostając jednak tym samym odciskiem. Nic więc dziwnego, że hołdowano wówczas mądrości ludowej, która zwarła zaskakująco szeregi ze starą filozofią, a przejawiającej się m.in. w powiedzeniu, że to co wchodzi z dziecinnym czepeczkiem, wychodzi dopiero razem z całunem. Każda rzecz (podmiot, człowiek) działa więc zgodnie z tym, czym jest, w porządku ze swą naturą, swoją potencją. Kiedy zaś działanie to występuje pod wpływem przyczyn zewnętrznych, nabiera cech charakteru empirycznego, będącego swego rodzaju osnową tej niezmiennej cząstki każdego z nas, przez którą jakim kto jest, takimi muszą być jego czyny. Oznacza to, że określone postępki człowieka, determinowane przez takie, a nie inne czynniki (nie mniej określone) zawsze będą takie same. Sformułowanie takie niejednokrotnie spotkało się z krytyką; trudno bowiem utrzymać pogląd o tak daleko posuniętej niezmienności człowieka (jak głęboko by się ona nie kryła), który w swoim życiu kieruje się nie tylko czymś, co nazwać można by instynktem, ale podatny jest przecież na czynniki zewnętrzne, które przez całe życie kształtują go i formują; zarówno te wychowawcze, jak i środowiskowe, kulturowe lub religijne. Bo przecież jak to się ma do prawdziwych ludzkich przemian i nawróceń, zmian i radykalnych przewrotów w życiu i postępowaniu? Czy są pozorne? Skąd więc biorą się bohaterowie i ich heroiczne czyny, przed których powzięciem byli wszak zwykłymi, nie wyróżniającymi się na ulicy ludźmi; ludźmi którzy w kilku identycznych przypadkach być może wcale nie postąpili by tak samo. Czy może jednak ta wąziutka kanwa naszego prawdziwego ja rzeczywiście nie zmienia się nigdy, a jedynie charakter empiryczny bierze tutaj górę, bratając się z impulsem czy nagłym instynktownym działaniem? A może problem polega na tym, że niemożliwym jest po prostu nakreślenie granicy między tym co stałe, a tym co zmienne i stąd to całe zamieszanie?

Artur Schopenhauer zauważył, że przez tysiąclecia człowiek daremnie usiłował znaleźć fundamenty trwałej i obiektywnej moralności, na której można by oprzeć przesłanki ludzkich postępków. Filozofowi zdarzało się wyrażać mocne obawy, że naturalna moralność, ów niewzruszony fundament, może po prostu nie istnieć. Choć sam Schopenhauer podstawę moralności odnalazł we współczuciu, twierdził jednak, że pomimo tego koniecznym było wymyśleć ustawodawstwo, represyjność i systemy kar; jak utrzymywał bowiem, prawo może co prawda zmusić człowieka do sprawiedliwości, ale nie może narzucić obowiązku miłości bliźniego i czynienia dobra. Fundament moralności złożony z systemu karania i nagradzania, uzupełniony w zależności od potrzeb systemami religijnymi traktowany był przez filozofa jako sztuczny.

W starożytności twierdzono jednak, że w rzeczywistości nic (człowiek) nie jest dobrym lub złym z natury, różnica ta jest ustanowioną przez opinię ludzką. Różnica między sprawiedliwością czynioną zazwyczaj, a rzeczywistą prawością serca przypomina bowiem tą istniejącą między grzecznością, a prawdziwą miłością wobec bliźniego. Ludzie lubią czynić sprawiedliwie lecz nade wszystko z dwóch przyczyn; przez wzgląd na zakorzenienie w porządku prawnym oraz by zachować cześć obywatelską i dobre imię wobec innych, między innymi po to, by liczyć na ogólnie pojęte powodzenie w świecie. Chyba dopiero później pojawia się strach przed potencjalną karą, chociaż i on, w obliczu różnych okoliczności (pomijając stany chorobowe) okazuje się czasem bezsilny. Pytanie więc przebrzmiewa po raz drugi; gdzie biegnie granica między empirycznym, a noumenalnym? Niewykluczone, że jest ona płynna i niemożliwa do uchwycenia, jak pisał Kant, a dobro i zło nie istnieją. Jeśli nie jesteśmy w stanie stać się kimś innym niż jesteśmy, jeżeli nie sposób dowieść do końca źródła i istoty prawdziwego dobra i moralności, to być może fundamentem tego wszystkiego, nad czym filozofujemy, od zawsze jesteśmy my sami. Ale czy założenie takie nie staje się jednak pochwałą egoizmu?

Każdy człowiek uważa się za środkowy punkt świata i odnosi do siebie wszystko co się z nim dzieje. Jest to niewątpliwie objaw egoizmu, jednak chyba dość zrozumiałego, bo to przecież on wyewoluował w późniejszy egzystencjalizm. Jest on kwintesencją nas samych, bez względu na to, czy nam się to podoba, czy nie. Dopiero ekstremalne okoliczności pokazują światu ledwo dostrzegalne drobiny prawdy o nas samych. Pokazują jednak nie to, kim jesteśmy, ale to kim możemy się stawać. Natomiast noumen, zakorzeniony głęboko w naszym bycie tkwi niewzruszony, podszeptując od czasu do czasu, że …tam, gdzie nie ma egoizmu, jest strach, a gdzie nie ma strachu, pozostają wyrzuty sumienia.

Każdy z nas jest mikrokosmosem, zaś otaczający nas wszystkich makrokosmos to swego rodzaju modyfikacja; nasze ja, owa specyficzna rzeczywistość podlega przecież śmierci, która jest jednocześnie końcem świata dla nas samych. Wszystko to jednak składa się na ogromna wolę życia, na której zawsze wyrastają kiełki egoizmu, będącego jednocześnie przepaścią miedzy jednym człowiekiem, a drugim. Ludzie rzadko przekraczają ową przepaść. A nawet jeśli się to udaje, powstają kolejne. Być może to właśnie one są niezachwianym cokołem naszego indywidualnego i odwiecznego pragnienia; pragnienia życia i szczęścia. Czy to coś złego?

Jarosław Sawiak

- REKLAMA -
Zewnętrzne linki