Stara legenda mówi o pewnym indyjskim pustelniku, który przez wiele lat stronił od świata, przeznaczając cały swój czas na medytację. Pod koniec życia zaszedł już tak daleko w udoskonalaniu i uduchowianiu samego siebie, że przez dwa lata nic nie jadł, pojąc się jedynie rosą. Lecz kiedy któregoś dnia niespodziewanie przyszedł do miasta, skosztował pucharek wina i …został pijakiem.

REKLAMA

Nie wiemy, czy ów indyjski eremita zapił się na śmierć. Niewątpliwie jednak to, co go spotkało było dla niego niespodziewanym, skrzącym się niedowierzaniem szokiem, przerastającym nawet jego poukładany i jakże rozbudowany duchowo świat. Myślę, że najgorszym było dla niego nie to, że zaczął pić, lecz fakt iż wszystko to, kim wcześniej był zamieniło się w to, czym się stał.

Jeśli nasze życie potraktujemy jako pewien odcinek, swego rodzaju ciągłość, mającą swój początek i koniec, to to, co dzieje się teraz, traktować możemy jako punkt, w którym się znajdujemy. Ale nie on jest najgorszy. Najgorsza jest bowiem pozostała część rzeczonego odcinka, o którym nie wiemy nic, która jest nieznana, a którą zwać możemy możliwym. To owo możliwe budzi w człowieku największa trwogę i drżenie, o których pisał niegdyś Kierkegaard. Możliwe, czyli nieznane, niepewne, obce. Ale czy tak naprawdę chcielibyśmy wiedzieć, co stanie się z nami jutro, pojutrze, za rok? Czy chcielibyśmy wiedzieć na co zachorujemy, na co i kiedy umrzemy, kim lub czym się staniemy? Może jednak lepiej nie wiedzieć? Przecież tak bardzo boimy się bólu i śmierci, jakbyśmy byli pewni, że nasza dusza, wraz z jej nadejściem przejdzie w zupełnie inny porządek rzeczy, o zgoła odmiennych prawach, porządkach i obyczajach. A skąd ta pewność?

Może więc lepiej tu i teraz nie dopuścić do tego aby zgubiła nas nasza własna pycha i irracjonalna pewność, która z wiarą nie ma nic wspólnego. I to nie dlatego, że piękna jest taka pewność, ale niepewność piękniejsza… Powód jest inny. Nasze życie ponad wszelką wątpliwość zmieniłoby się wówczas w piekło, którego nie przysłoniłoby absolutnie nic. Każdy kolejny, przeżywany i trawiony powoli dzień, pochłaniany przez nieubłagany czas, spychałby nas coraz bliżej przepaści, przed którą nie byłoby ucieczki, a każda kolejna chwila zżerałaby nas bezlitośnie, świadomych jednocześnie tego, co dzieje się teraz i co stanie się jutro. Prawdziwe piekło…

Chociaż więc owo możliwe budzi w nas trwogę i drżenie, to wszak jedynie ono nadaje naszemu życiu prawdziwy sens, hartując nas z każdą następną chwilą i przygotowując na to, co nas dotyka wraz z naszym kolejnym krokiem, abyśmy byli w stanie przyjąć to, co jest nam przeznaczone. Jak mówi wspomniany już Kierkegaard, doczesność jest dla człowieka jedną z największych łask, a prawdziwa i wieczna wartość człowieka leży w tym, że może mieć swoją historię i użyczyć jej swojej ciągłości. Dlatego to nasze własne kroki formują nas i rzeźbią w bezkształtnej masie zwątpienia, dzięki czemu stajemy się tym, czym okażemy się u kresu naszych dni. Nasz wpływ na ten proces jest jednak mocno ograniczony; nie potrafimy przecież znaleźć granicy między tym, co jest naszą własną wolnością, a tym, co jest nam pisane. Może to i lepiej. A właśnie… A’ propos pisania… Wydaje mi się, że są jednak księgi, do których lepiej nie zaglądać. Niech pozostaną zamknięte. Lepiej pisać swoje własne. Jarosław Sawiak

- REKLAMA - Zewnętrzne linki