Doktor Józef Saługa, kiedy zakończył praktykę lekarską, kiedy już miał czas dla siebie, przychodził do biblioteki na Zaciszu, na porozmawianie. O dawnym Jaworznie, o służbie zdrowia, o naszym liceum. Wciąż było o czym.

REKLAMA

Słuchałam z zainteresowaniem jego wspomnień, namawiałam na spisywanie. Zabrał się, Józef Saługa, do pisania, pośpiesznie. Z czasem maszynopis liczył 300 stron, fragment wspomnień „Jaworzno żyje we mnie. Tu także był teatr”, wydrukowała jako broszurkę Miejska Biblioteka Publiczna.

Uczestniczył także w zebraniach Towarzystwa Czytelniczego, tam spotykał swoich rówieśników, i aż iskrzyło od historii z lat, kiedy mnie na świecie nie było. On jaworznianin, dobrze znany – 30 lat był przecież ordynatorem Chirurgii Szpitala Miejskiego w naszym mieście – znał stare Jaworzno, także ze wspomnień swojego ojca. Urodził się Józef saługa w 1925 roku. Kiedy Niemcy przekroczyli granice Polski miał 14 lat, był uczniem gimnazjum. Pierwszego września, (spóźniona mobilizacja) pożegnał ojca, który wyruszył na wojnę. Na niebie dostrzegł warczący samolot, niemiecki. Umiał patrzeć na samoloty, zajmował się modelarstwem lotniczym, właśnie zdobył w województwie pierwsze miejsce w kategorii modeli szybowcowych.

Wojna: nasłuchiwano komunikatów radiowych, okna oblepiono paskami papieru, gromadzono żywność. W Jaworznie pojawili się uciekinierzy ze Śląska.

Rodzina Saługów wyruszyła na tułaczkę. Tak opisał Józef Saługa wrześniową ucieczkę:

Idąc do Ciężkowic widzieliśmy coraz więcej ludzi zdążających w tym samym kierunku. We wsi już pełno, nawet nie zdążyliśmy się zastanowić, że idziemy i nie wiemy dokąd, bo kierunek wyznacza główna fala uchodźców. Znajomi, którzy siedzą na poboczu, namawiają do powrotu, może i mają rację, ale… Przecież tyle ludzi idzie dalej, tyle słyszy się o zagrożeniu, a nawet okrucieństwach. A może wojsko szykuje się do kontrofensywy? Mówi się także, że z pomocą lecą już samoloty z Anglii i Francji, i to tylko kwestia kilkunastu godzin, a ich sama obecność w Polsce powinna wystarczyć, a przynajmniej ostrzec Niemców. A więc dalej i dalej… ważny jest dystans i czas.

Nad ranem, w promieniach wschodzącego słońca zauważyliśmy, schodząc w dół, zamek w Pieskowej Skale, który po raz pierwszy oglądałem przed trzema miesiącami z wycieczką szkolną, i choć to ten sam zamek, teraz jakiś inny. Wtedy to był wspaniały obiekt architektury, fantastycznie wkomponowany w cudowny plener jurajski, porażający swym ogromem i skalą ważności w historii, a dziś? Jakieś symetryczne, szare mury w obrębie lasów i sterczących skał, z którymi jeśli coś się kojarzy, to jest to na pewno mniej ważne od tego, co obecnie dzieje się wokół i to w promieniu przynajmniej kilku tysięcy kilometrów. Trzeba patrzeć uważnie, czy zza drzew lub skał nie wyjdą nagle, choć ucywilizowani, ale wrogowie, szczycący się swym germańskim pochodzeniem. Nie ma czasu na dalsze porównania, karawana idzie dalej, choć czasem ktoś się potknie, ktoś upadnie, ktoś zapłacze i zostanie obok. Inni nie maszerują, ale siłą woli idą naprzód, ciągnąc za sobą zmęczone nogi, senni, bezmyślni, zaprogramowani tylko na hasło: dalej, dalej! Potem zatrzymujemy się gdzieś nad rzeczką, w lasku i zanim zdążyło się usiąść, już śpimy. Przyjęliśmy jako zasadę, że ze względu na bezpieczeństwo (szczególnie z obawy przed nalotem samolotów ze swastyką i czarnym krzyżem), i upał nie notowany od lat, będziemy szli od wczesnego rana, przerwa i znów do wieczora… Już nie zastanawialiśmy się, gdzie są wojska niemieckie, a przecież jeszcze w ogóle nie widzieliśmy zorganizowanych jednostek polskich, czasem tylko kilka wozów konnych, kilku żołnierzy i szybkie: wio! wio! -dopingujący, świszczący w górze bat. Stawaliśmy się obojętni na to co, się dzieje wkoło i gdyby nie automatyzm, który zdominował wszystkie czynności i nie pozwolił na myślenie, moglibyśmy spokojnie, bez żalu pozostać w którymś rowie lub lasku bez względu na to, co może się stać.

Przechodząc przez wioski, spotykaliśmy się często z życzliwością ich mieszkańców. Wynosili przed domy owoce, wodę, czasem (przy życzliwych słowach i uśmiechach współczucia), rozdawali chleb, zapraszali do skorzystania z wody z ich studni. Byli i tacy, którzy za chleb żądali takiej ceny, że nagle pościel, ubrania, a czasem tylko takie drobne przedmioty, jak pierścionki, obrączki ślubne, albo inne cenne bibeloty, zmieniały właściciela.

Wkrótce znów wszystko stało się nieważne, liczył się tylko dystans, ile kilometrów dzieli nas od napastników. Już nie interesowały nas kierunkowskazy informujące o nazwie miejscowości lub ilości kilometrów czy wskazywany przez nie kierunek, bo często były odwracane, zamieniane, z przemalowaną liczbą kilometrów. To także było działanie dezinformujące prowadzone przez mniejszość niemiecką w Polsce.

Niepokój i niepewność potęgowały samoloty niemieckie. Warkot tych pierwszych przyjmowano z entuzjazmem, okrzykami, wymachiwaniem rąk, pozdrowieniami, bo to przecież mogli być tylko Anglicy lub Francuzi! Nagle… turkot karabinów i co chwilę ktoś upadał na ziemię, coś wsiąkało w podłoże, coś czerwonego. Radość zamieniała się w popłoch, byle szybciej do lasu lub pod jakieś drzewo, bo znów nawracają. Szczególnie w pamięci tamtych dni utkwiły mi pierwsze spotkania z unikalnym wtedy samolotem. Znałem jego sylwetkę ze zdjęć i schematycznych planów, znałem jego możliwości. To sprawiło, że zanim go po raz pierwszy zobaczyłem w locie, już wiedziałem, że to on – „Stukas”, samolot bojowy, w którym specjalnie tak wzmocniono efekt wycia silników, że wyróżniał się w początkowym okresie wojny pośród innych samolotów, nie tylko uznanymi walorami bojowymi, ale przede wszystkim porażającym wpływem na człowieka, który znalazł się w zasięgu jego działania. Ludzie, nękani innymi niedogodnościami, słysząc dodatkowe wycie, popadali w panikę. Samolot ten, po raz pierwszy użyty w wojnie przeciw Polsce, przez cały okres wojny spisywał się doskonale, i na froncie zachodnim, i pod Narwikiem, i na przedpolach Moskwy i Leningradu. Także na froncie w Północnej Afryce.

W czasie jednego z nalotów, gdy nad ranem przeszliśmy przez most pontonowy, wybudowany i chroniony przez wojsko na Wiśle pod Szczucinem, wycie silnika pojedynczego Stukasa, zburzyło panującą ciszę. Część ludzi rozbiegła się, zanim zobaczyliśmy samolot. Na szosie pozostało kilka starszych osób, które nie mogły poradzić sobie z bagażem, a w ich pojęciu niemożliwym było pozostawić wszystko i uciekać. Nie – do tego nie byli zdolni. Jedna starsza już kobieta, samotnie ciągnąca na wózku jakieś tobołki, ostentacyjnie stanęła, podniosła głowę do góry, coś krzyczała i wygrażała pięścią ku niebu, groziła…Nie wiem, temu w samolocie, czy temu może wyżej? Za chwilę z pobliskiego lasku wyskoczył młody żołnierz, dobiegł do kobiety i zaczął ciągnąć ją w bezpieczne miejsce, lecz ona uparcie trwała w swej pozycji z pięścią wzniesioną ku górze, jakby zastygła, obojętna na to, co działo się tuż przy niej.

Wrześniowy, wojenny czas Józef Saługa dobrze zapamiętał, umiał być bystrym obserwatorem. Za tydzień dalszy ciąg wspomnień.

Barbara Sikora

 

- REKLAMA -
Zewnętrzne linki

1 KOMENTARZ