Co robi strażak? – Gasi płomienie – odpowie każde dziecko. Jednak bycie strażakiem to coś więcej niż tylko praca. To coś więcej niż gaszenie płomieni czy usuwanie powalonych drzew. To przede wszystkim narażanie własnego życia dla innych.

REKLAMA

Praca strażaka nie kończy się po zdjęciu munduru, ponieważ jak mówi pan Bartosz Smolarczyk, strażakiem jest się bez przerwy – 24 godziny na dobę i przez 365 dni w roku.

Najważniejsze dla strażaka jest to, aby dobrze i przede wszystkim bezpiecznie wypełnić swoje obowiązki, aby móc zdrowo i w jednym kawałku wrócić do domu, do rodziny. W tej pracy nie ma miejsca na strach czy wahanie, gdyż od tego może zależeć życie innej osoby. Jadąc na wezwanie, nigdy nie wiedzą, co czeka na nich na miejscu zdarzenia. Niejednokrotnie stają się świadkami czyjejś śmierci i rozpaczy bliskich, którzy utracili ukochaną osobę. To zostawia ogromne piętno psychiczne. Rycerze Floriana, tak na nich mówią. Często wchodzą tam, skąd inni uciekają. Praca strażaka to przede wszystkim praca zespołowa i bezwarunkowe zaufanie członkom zespołu. To ludzie, którym powierzasz swoje życie i wiesz, że choćby nie wiadomo co, zawsze po ciebie wrócą.

Opowiadając o swoim czynie na konferencji prasowej, która odbyła się pod koniec lipca br. w Jaworznie, pan Bartosz mówił z wielką skromnością, niepewnie przyjmując słowa pochwały od obecnych na spotkaniu osób. Czując się lekko skrępowanym nagłą sławą oraz zainteresowaniem mediów, wielokrotnie podkreślał, że decyzja, którą podjął była dobrze przemyślana i tylko dzięki temu udało mu się uratować topiącego się chłopaka oraz samemu bezpiecznie powrócić na brzeg, gdzie czekał na niego jego 6-letni syn Borys.

Do zdarzenia, które mogło zakończyć się tragedią doszło w nadmorskich Łazach, gdzie pan Bartosz przebywał na urlopie ze swoim synem, który był uczestnikiem obozu karate. Silny wiatr, wysokie gwałtownie rozbijające się o brzeg fale oraz targane przez wiatr czerwone flagi, informujące o zakazie kąpieli w morzu – tak wyglądał dzień, w którym mogło dość do tragedii. Pomimo niesprzyjających warunków atmosferycznych, kilka osób nieuczestniczących w obozie postanowiło wejść do wody. W rezultacie spacerujące po plaży osoby dostrzegły naprzemiennie pojawiające się i znikające za wzburzonymi falami głowy topiących się osób, które znacznie oddaliły się od brzegu.

Tak relacjonuje to zdarzenie pan Bartosz Smolarczyk, jaworznicki strażak w stopniu starszego kapitana i dowódca I zmiany w Komendzie Miejskiej Państwowej Straży Pożarnej w Jaworznie:

To była przemyślana decyzja, że tam wchodzę. Nigdy nie walczyłem z falami i nigdy nie holowałem osoby w tak trudnych warunkach. Dostrzegłem w wodzie trzy główki, które raz było widać, a raz nie. Na brzegu stało trzysta osób i nie było nikogo, kto chciał ruszyć do wody. Wiedziałem, że warunki są bardzo trudne i wiedziałem również, że trzeba działać. Zacząłem ściągać koszulkę, żeby być przygotowanym do dalszych działań, jednak nie byłem jeszcze zdecydowany czy wejść do wody. Jak zwykły człowiek, bałem się. Zobaczyłem przechodzącego obok mnie mężczyznę z małym dzieckiem i to był impuls, żeby coś zrobić. Ratowników jeszcze nie było. Chwyciłem więc kamizelkę w rozmiarze XS mojego syna Borysa, zapiąłem ją sobie w pasie i ruszyłem na pomoc, wcześniej prosząc osoby stojące na plaży, aby przypilnowały mojego syna. Walcząc z falami, próbowałem się dostać do osób znajdujących się w wodzie. Razem z podpływającym ratownikiem podzieliliśmy się poszkodowanymi. Nie wiedziałem, czy dam radę, ponieważ nigdy nie znajdowałem się w takiej sytuacji. Nie byłem pewien, czy jestem w stanie doholować ratowanego przeze mnie 16-letniego chłopaka. Jednak byłem zdecydowany, że gdybym jednak nie dał rady doholować go do brzegu, zostanę z nim w wodzie i będę czekał na pomoc. Tylko żeby utrzymać go na powierzchni wody. Pięć metrów od brzegu ludzie wzięli ode mnie to dziecko i przenieśli je na brzeg. Ja poszedłem zobaczyć, co z moim synem, który czekał na plaży. Nie czuję się bohaterem. Działałem zgodnie z kodeksem strażackim, jednak było to dla mnie nie lada wyzwanie. Największym dla mnie wyróżnieniem było to, że swoją postawą mogłem pokazać swojemu dziecku oraz uczestnikom obozu jak należy działać w takich sytuacjach. Uważam, że takie sytuacje dzieją się również tutaj w mieście. Strażacy bardzo często ryzykują swoje życie, jednak nie jest to nagłaśniane. To nasza praca.

Dla pana Bartosza najważniejszą nagrodą za uratowanie życia topiącemu się chłopakowi jest duma, którą zobaczył w oczach swojego dziecka i możliwość stania się dla niego wzorem, szczególnie w tak ciężkich sytuacjach.

Po powrocie z synem do miejsca zakwaterowania, jaworznicki strażak został gromko nagrodzony brawami przez obozowiczów. O zaistniałej sytuacji pan Bartosz powiedział jedynie swojej rodzinie, nic nie wspominając o wydarzeniu kolegom z jaworznickiej straży pożarnej. Po powrocie znad morza wrócił do swoich codziennych obowiązków, nie chwaląc się swoim czynem w pracy. Cała spawa wyszła na jaw, dopiero gdy do komendanta Państwowej Straży Pożarnej w Jaworznie zadzwonił komendant z Koszalina, aby podziękować za działanie jaworznickiego strażaka.

Po „ochłonięciu” z zaistniałej sytuacji pan Bartosza wciąż podkreśla, że gdyby jeszcze raz miał stanąć przed takim wyborem, postąpiłby dokładnie tak samo.

W związku z bohaterskim czynem, którego dokonał pan Bartosz w nadmorskich Łazach, redakcja gazety Co Tydzień postanowiła zgłosić go do Nagrody im. Jana Rodowicza „Anody” w kategorii wyjątkowy czyn. Dzięki temu współcześni bohaterowie mają szansę zostać zauważeni i docenieni.

Nagroda im. J.R. „Anody” honoruje społeczników, którzy swoją działalnością wspomagają innych, ludzi aktywizujących lokalne społeczności, wspierających rozwój kultury czy edukację patriotyczną. Nagroda wyróżnia również osoby zaangażowane w działania społeczne oraz stanowiące przykład młodemu pokoleniu.

Natalia Uroda

 

- REKLAMA -


Zewnętrzne linki