REKLAMA

Między biegaczem i smartfonem przyjaźnie bywają krótkie i burzliwe – nieraz kończą się urazami i przedwczesnym rozstaniem. Wpatrywanie się w ekran podczas biegu raczej nie wchodzi w rachubę – to niebezpieczne zarówno dla sprzętu, jak i dla użytkownika. Smartfon nie jest dla biegacza urządzeniem wygodnym w użyciu – najlepiej czuje się schowany w starannie zapiętej kieszeni, na blokadzie ekranu.
Jak dotąd żadnemu z producentów smartfonów nie udało się znaleźć przekonującego rozwiązania, które ułatwiałoby biegaczom korzystanie z zaawansowanych funkcji smartfona w trakcie biegu. Dlaczego? Bo, jak przekonują, wcale nie ma takiej potrzeby! Niech smartfon spoczywa, jak dotąd, w kieszeni. Wszystko, czego biegacz potrzebuje, zmieścić można na znacznie poręczniejszej bransoletce.

 

Na ręce – poręczniej!

Bransoletka Xiaomi Mi Band 1s (https://www.aze.com.pl/pl/p/Opaska-Mi-Band-1S-Xiaomi/454) to właśnie przykład narzędzia, stworzonego przede wszystkim z myślą o sportowcach i miłośnikach aktywnego trybu życia. Mi Band łaczy w sobie funkcje medycznego monitoringu z przedłużeniem smartfona: nie tylko zmierzy nam puls i policzy ilość kroków, ale również sprawdzi nasze położenie i powiadomi nas, gdy na którymś z naszych kont społecznościowych pojawi się nowa wiadomość. Obok efektywności treningu, pomoże nam również zbadać jakość snu, a do tego łagodnie zbudzi nas o wybranej porze. Jak przystało na niewielkie urządzenie, nie wymaga zbyt częstego ładowania – jak zapewnia producent, raz naładowany akumulator powinien działać nawet miesiąc.

 

Xiaomi – czas poznać się bliżej

A może ktoś na sali właśnie zadaje sobie pytanie: “zaraz, zaraz, a co to za firma ta Xiaomi?”? Nie widzę. To dobrze, bo czas najwyższy dodać tę młodą chińską markę do znajomnych lub przynajmniej zacząć uważnie ją obserwować. Xiaomi (lub, krócej – Mi) powstała ledwie 7 lat temu, by rok później wystartować na rynku smartfonów i należy do czołówki najdynamiczniej rozwijających się firm technologicznych tej dekady. Ledwie kilka lat wystarczyło, by dogoniła do peleton globalnych gigantów. W 2017 roku znalazła się na czwartym miejscu na świecie pod względem wyceny w kategorii start-upów technologicznych, a jej smartfony po raz pierwszy od przeszło 4 lat zagroziły Samsungowi na pozycji lidera na rynku indyjskim.

Jak to się zatem stało, że tak poważny gracz na globalnej scenie jest u nas tak mało znany? Powód jest prosty: Xiaomi koncentrowała się dotąd głównie na rynkach azjatyckich i właśnie na nich budowała swoją potęgę. W naszym kraju zadebiutowała dopiero w 2016 roku i  – uwaga! – był to zarazem debiut marki na rynku unijnym. Xiaomi nie próbuje i nigdy nie próbowała zbytnio kokietować zachodnich konsumentów. Choć wśród  założycieli Xiaomi nie brakuje byłych pracowników firm takich jak Microsoft i Google, firma podkreśla stale swoje chińskie korzenie. Świadczy o tym zresztą nie tylko fakt, że właśnie w tym kraku powstają jej produkty (co zresztą raczej nikogo nie dziwi), ale również nazwa, która oznacza… ziarno prosa. Jak wypadną żniwa? Oficjalnych podsumowań wciąż próżno szukać. Jedno jest pewne – na pewno warto przetestować Xiaomi nim zrobią to znajomi!

- REKLAMA -
Zewnętrzne linki