REKLAMA

Wywiad z Ryszardem Piechówką, rowerzystą z Jaworzna, który może poszczycić się ogromnymi sukcesami.

Największy sukces w karierze?

Drugie miejsce na Mistrzostwach Polski w MTB to mój największy pojedynczy sukces. Jeżdżąc w klubie UKS Sokół-Kęty jako zawodnik licencjonowany, trzy razy z rzędu (2011, 2012, 2013) zdobyłem challenge. Oznacza to, że byłem najlepszym zawodnikiem małopolski.

Koncentruje się Pan na kolarstwie szosowym czy MTB?

Jeżdżę w obu dyscyplinach z przewagą MTB.

Co oznacza kategoria M5?

Jest to jedna z kategorii wiekowych. Mamy juniorów, orlików, elite, M2, M3, M4. Oczywiście, mógłbym startować z kategorią elite, w której ścigają się kolarze w wieku od 21 do 35 lat, jednak fizycznie jest to dla mnie już nieosiągalne, startuję więc w kategorii M5.

Co spowodowało, że zaczął Pan startować w wyścigach kolarskich?

Przez 25 lat pracowałem na kopalni Karuka Jaworzno, w oddziałach likwidacji i przewozu. Przeszedłem w końcu na emeryturę. Lubiłem wędkować, ale niestety jest to sport „grzeczny’, spokojny, nie wymagający ruchu. Nabrałem przez to wagi i musiałem coś ze sobą zrobić. Jako kawaler ważyłem 72kg, po małżeństwie przytyłem do 90. Kilka miesięcy przed przejściem na emeryturę ważyłem już 117kg. Mój kolega, Stefan Filipek, który w tamtym czasie dużo czasu spędzał jeżdżąc na rowerze, namówił mnie, żebym się do niego przyłączył.

Kupił Pan rower i wsiadł na niego ważąc 117kg?!

Właśnie tak. Skalkulowałem sobie specjalną datę, 9 maja, bo w ten dzień zawsze zaczyna się Wyścig Pokoju. Zawziąłem się, w dniu przejścia na emeryturę rzuciłem palenie i zaczęło się poważne jeżdżenie, po 30-40 kilometrów dziennie. Później było to już 50 kilometrów, 100, 200 nierzadko 250. Po trzech miesiącach ważyłem 28kg mniej. Potem zszedłem do stabilnego 80kg, aktualnie ważę 76kg.

Tak szybka utrata wagi wymagała chyba jakiejś specjalnej diety.
Jak wygląda prawdziwa dieta zrozumiałem dopiero, kiedy zacząłem się ścigać. Zrzucając wagę, starałem się zwyczajnie jeść mniej, pomijałem śniadanie, jadłem lekki obiad, na kolacje byłą bułka czy kanapki.

Jak teraz Pan się odżywia?

Staram się jeść wszystko, nie mam jakiejś szczególnej diety, głównie są to produkty nieprzetworzone, białka, węglowodany, dużo warzyw, to, co organizmowi potrzebne. Jako amatorzy nie mamy stałego kontaktu z dietetykami i innymi lekarzami, co jest standardem w kolarstwie zawodowym.

Dużo się teraz mówi o suplementacji. Jak to wygląda  w Pana przypadku?

Korzystam w niewielkim stopniu, głównie na wyścigach, na treningach raczej nie. Co do rzeczy zakazanych, nigdy nie używałem i używać nie będę, staram się od tego trzymać z daleka.

Gdy Pan zaczynał, trasy wyglądały inaczej, nie było tyle infrastruktury rowerowej co teraz, gdzie w takim razie jeździliście?

Często mniej uczęszczanymi drogami, w stronę Olkusza czy Ojcowa, czasami też po lasach. Mieliśmy swoje ścieżki, którymi się poruszaliśmy. Kupiłem rower górski właśnie po to, żeby w miarę możliwości uniknąć intensywnego ruchu drogowego.

Czy żeby uprawiać kolarstwo na Pana poziomie wystarczy tylko jeździć na rowerze?

Aby myśleć o uprawianiu kolarstwa trzeba ćwiczyć dodatkowo, szczególnie obręcz barkową. Gdy przyjeżdżałem z niektórych wyścigów, ręce i barki bolały mnie bardziej niż nogi. Kiedyś jechałem w maratonie w Wałbrzychu, byłem po złamaniu obojczyka i nie miałem wyćwiczonej obręczy barkowej. Gdy wróciłem do domu cały czas chwytały mnie skurcze i nic nie mogłem robić rękami.

Kiedy zaczął się Pan ścigać?

Od 2009 roku, mimo że znajomi namawiali mnie już wcześniej. Zaczęło się dosyć przypadkowo, często podwoziłem syna kolegi na treningi. Obaj są pasjonatami kolarstwa i przy nich wkręciłem się w atmosferę.

Najpierw starty były tylko dla siebie, a w 2010 roku przyłączyłem się do UKS Sokół-Kęty. W początkowych zawodach zapłaciłem frycowe: mimo tego, że przez prawie 10 lat wyjeździłem mnóstwo kilometrów i nie brakowało mi siły czy wytrzymałości, wyłożyłem się na innych aspektach. Nie miałem techniki, obeznania, nie wiedziałem, jak rozłożyć siły. XC, w której zacząłem startować, jest specyficzną dyscypliną. Siła tam nie wystarczy, trzeba umieć ułożyć się na rowerze, przenieść ciężar ciała w odpowiednim momencie. Bez tego można upaść i zrobić sobie krzywdę. Częstokroć jeździ się po kamieniach czy korzeniach, trzeba wiedzieć, jak złapać na takim terenie równowagę, ja tego nie potrafiłem, bo nigdy nie jeździłem w podobnych warunkach. Dużo trenowałem, żeby osiągnąć obecny poziom. Ne pewno nie osiągnę tyle, ile mógłbym, gdybym treningi zaczął w wieku 10 lat.

Jak ważna w startach jest psychika?

Uważam, że jest to przynajmniej 50% sukcesu. Gdy jesteś na starcie, musisz być na tyle silny, żeby zostawić ból i wątpliwości za sobą.

Czy kolarstwo pomaga Panu  w życiu codziennym?

Oprócz tego, że mam lepszą kondycję i ogólne lepsze samopoczucie, to do spraw nagłych i stresowych podchodzę z większym spokojem.

Jak wygląda sprawa ze sprzętem? Wspominał Pan, że pierwszy rower został kupiony za własne środki. Jak jest teraz?

Wszystko leży w mojej gestii, sam kupuje nowy sprzęt, części i sam go serwisuje.

Jak to nadążało za Pana potrzebami?

Ze względów finansowych nie nadążało. Mam nową szosówkę, powinienem teraz wymienić rower do MTB. Mam co prawda taki z 26” kołami, jednak bardziej odpowiedni byłby 29”. Koszt nowego sprzętu to duże kwoty, rzędu 6-10 tysięcy złotych. A za zdobytymi pucharami i medalami nie idą profity. Bez sponsorów o nowych rowerach można zapomnieć. Nagrody są rzadkością, cykl wyścigów zorganizowanych przez Tauron, w którym biorę aktualnie udział, jest wyjątkiem, ale i tutaj kwoty nie porażają. Za zwycięstwo w wyścigu jest 500zł, tyle samo za wygranie całego cyklu. A tam, gdzie są pieniądze, pojawia się zawsze spora grupa zawodników, którzy nieuczciwie i nieczysto walczą o zwycięstwo.

Czy zawody, które odbyły się  w Jaworznie odróżniają się jakoś od całej reszty?

W tym roku wyścig w Jaworznie, dzięki pomocy finansowej Grupy Tauron, nie różnił się niczym od wyścigów, w których startuję na co dzień. Według mnie wyścig ma wielki potencjał, w tym roku była dobra oprawa i konkretne nagrody. Trzeba to rozwijać, a za kilka lat może pojawić się w mieście kolarska śmietanka.

Poznał Pan osobiście Czesława Langa?

Tak, zawsze można go spotkać przy podium wyścigów. Mam opory, żeby mówić mu na ty, jako że to ikona polskiego kolarstwa. Jest człowiekiem bardzo sympatycznym, posiada wielką radość z życia. Podchodzi z sercem do wszystkiego, dla każdego znajdzie chwilę czasu. Ciągle też bierze udział w wyścigach.

Teraz należy Pan do grupy SCHC?

Tak, przez pięć lat byłem zawodnikiem UKS Sokół-Kęty, dwa lata temu powstało Stowarzyszenie Chrzanowskich Cyklistów, do którego postanowiłem dołączyć. Znależliśmy kilku sponsorów, kupiliśmy stroje i zaczęliśmy jeździć. Wyniki są, stoimy wysoko w rankingach drużynowych, a sponsorzy dopisali. Odnosimy też bardzo dużo sukcesów indywidualnych, między innymi ja, Bogdan Ostrowski i Krzysztof Szczepina i kilku innych chłopaków. W tej chwili w cyklu Skandia prowadzi Bogdan, ja jestem trzeci, Krzysiek Szczepina również jest pierwszy w swojej kategorii. Drużynowo jesteśmy na czwartym miejscu, to według mnie ogromne osiągnięcie, bo tam, żeby uplasować się w pierwszej piątce, trzeba mieć naprawdę dobrych zawodników.

A co ze ścieżkami rowerowymi u nas w mieście?

Mnie ścieżki nie są potrzebne, ba, są one wręcz udręką. Źle umieszczone i źle wykonane. Poza tym, ludzie, mając do dyspozycji cały chodnik, i tak będą szli ścieżką. Po drugie, albo ścieżka rowerowa, albo chodnik, nie żadna ścieżka rowerowo-piesza. Jestem wrogiem czegoś takiego. Miałem taki przypadek, pies nagle się zerwał, smycz zaplątała mi się w koło i przez to przewróciło się dziecko trzymające psa. Nie mogłem nic w tej sytuacji zrobić. Dlatego mówię: albo ścieżka, albo chodnik.

Jak ocenia Pan to, co się dzieje w Jaworznie z rowerami?

Idzie ku dobremu. Bardzo dużo osób jeździ rekreacyjnie, mamy Wyścig Rowerów Górskich. Oprócz tego przydałoby się coś jeszcze zrobić, założyć klub na przykład.
Dziękuję za rozmowę.

- REKLAMA - Zewnętrzne linki